Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muse. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 grudnia 2012

The 2nd Law Tour vs. marzenia

"Proszę tylko ładnie, Stockholm Syndrome. To będzie bardzo piękny prezent na moje dwudzieste urodziny."
Miesiąc i cztery dni po tym wszystkim mogę powiedzieć, że dostałam prezent na urodziny dokładnie taki, jaki chciałam. W komplecie z Map of the Problematique i Sunburn. 

Najpierw były cztery i pół godziny czekania pod Areną bla bla bla, o tym nie chcecie słyszeć. Wspomnieć tu trzeba o tych, z którymi zatańczyłam na rozgrzewkę cancana, więc nie zamarzłam i było mi jakoś lepiej, i fizycznie i na duszy.
I nagle, O CHEESUS CHRIST! (yea, pun) po prostu otwarcie hipermarketu. Stałam dość blisko w tej kolejce więc poczułam tylko jak tłum mnie niesie (ha, więc tak się poruszamy w tłumie bez wysiłku) i spróbowałam złapać równowagę chwytając się jakiejś balustrady. W tej chwili stwierdziłam prawie że ja się z tej imprezy wypisuję, idę na spokojnie do szatni i dopiero ruszam na płytę..W końcu stałam całkiem niedaleko wybiegu Matta a i tak stamtąd czym prędzej potem uciekałam, więc niewiele straciłam. Po drodze mignęli chłopcy z Everything Everything ale o tym jaki to był wstrząsający występ świadczy chyba najlepiej fakt, że dziś za nic nie mogłam sobie przypomnieć jak nazywał się ten zespół występujący przed Muse...wstyd.

I w końcu, stałosię.
Unsustainable jako utwór otwierający koncert pobiło na głowę Uprising z Coke (ale to festiwal...) Do dziś ciarki biegną po plecach, gdy słyszę ten pierwszy, tak charakterystyczny, wysoki i przeciągły ton. Masywny, ciężki, epicki - chyba trzy najlepiej pasujące mi do tego utworu przymiotniki. Supremacy, tak jak pisałam w swojej recenzji, miało być tym koncertozmiataczem, czymś co porównałabym może do końcówki Knights of Cydonia...takie jest. Matt pierwszy raz do nas przemawia, publikę ogarnia dziki szał (ja badam, czy nadal żyję czy to już życie pozagrobowe, bo nie wiem nawet czy mam dalej na sobie buty...), ktoś obok mnie krzyczy że nie wierzy że to się dzieje naprawdę...
Słyszę pierwsze riffy Map of the Problematique, obok mnie jeszcze nikt się nie cieszy więc chyba wystartowałam pierwsza ze swoim krzykiem...Tym razem nie poddałam się tak łatwo, próbowałam się twardo utrzymać w pozycji stojącej i hell yea, naprawdę PAMIĘTAM cokolwiek z tej piosenki. I can't get it right since I met you... po dwóch latach dalej aktualne.
I tu następuje ten epicki moment kiedy ujawnia się piramida. Po raz pierwszy w życiu widziałam coś tak genialnego i zabrało mi dech na dłuższą chwilę obserwując to wszystko...nie na tak długą znowu, bo ejtisowe rytmy disco powiodły nas w stronę Panic Station. To nad czym płakałam, że jest tragiczne i ja takiego Muse nie chcę, awansowało do jednej z najlepszych piosenek z całego tego albumu ;) I ta rozbrajająca fioletowa kreaturka...:-)
Nie wyrzucili z setlisty Resistance, co mnie niezmiernie cieszy. Tu już tlenu zaczynało brakować, ale gdzie tam do koszmaru jaki nastąpił na Supermassive Black Hole. Przykre jest nadal to, że SMBH (choć już nie spotyka się z takim moim hejtem jak wcześniej) wzbudza taki zachwyt, że ciężko nie pomyśleć że połowa obecnych jest tu tylko po to, żeby usłyszeć ten jeden utwór...Dla mnie nadal bez szału, nawet po dwóch i pół roku, więc próbowałam wrócić do równowagi po tym jak mnie przydusiło na Resistance ;-) I Animals mi to skutecznie umożliwiło, bo tłum się jakby lekko uspokoił. Po raz pierwszy usłyszałam Monty Jam i nie mogę się do dziś pozbyć skojarzenia z Massive Attack i ich Teardrop. Spośród jam-ów wszelakich nadal Helsinki pozostaje moim ulubionym i chciałabym go kiedykolwiek usłyszeć, ale jak się nie ma co się lubi...
I tu następuje ten moment kiedy się rozklejam i z którego nie jestem wcale dumna, a który jakimś cudem zdarza się na każdym koncercie, więc można go w sumie pominąć. Explorers to była taka powolna miłość w moim przypadku, coś zupełnie innego, kołysanka której - początkowo - moim zdaniem nie powinno być na płycie, a przy której teraz najbardziej lubię się wyciszać.
Kocham ich za wiele rzeczy, ale najbardziej chyba za to, że nie pozostają głusi na prośby fanów. Skoro chcieliśmy coś z pierwszej płyty, to dostaliśmy perełkę w postaci Sunburn. Cudo. Chciałoby się więcej tych Showbizowych kawałków.
Time is Running Out mnie pokonało i gdzieś za połową kiedy przestałam mieć możliwość oddychania zaczęłam się przepychać na tyły. Przepychać, bowiem człowiek poruszający się w stronę TYŁÓW publiki jest nadal traktowany jak ten, który potencjalnie może się dostać bliżej sceny...paranoja. Zanim dotarłam do jakiegoś miejsca gdzie nie było dzikiego ścisku Liquid State zdołało dobiec końca. Za to wreszcie miałam tyle miejsca że dałam radę zrobić jakieś zdjęcia. Prepare for HD, nadciągają zdjęcia robione aparatem 2mpx w moim telefonie.
Byłam przekonana że jeśli na czymś się rozkleję to na MamamamaMadness, bo moment przy I need.... zawsze wyzwala we mnie jakieś skrajne odczucia, a tu jednak nie. Całkiem sympatyczna piosenka, a jaki sympatyczny Matt w okularach ;)
Jeśli chodzi o Follow Me to sądząc początkowo że nie jest to mój typ muzyki więc 'może jednak nie' w ciągu tych niemal trzech miesięcy udało mi się dotrzeć do miejsca gdzie prawie się roztapiam słuchając go, a po koncercie w ogóle...ładunek emocjonalny zawarty w tych tak prostych, a jednak pełnych przekazu słowach jest niesamowity. Ale to działa chyba dopiero po usłyszeniu tego kawałka na żywo...
Undisclosed Desires to chyba moment na który wszyscy stojący przy barierkach czekają najbardziej. Może następnym razem ;) O Plug In Baby, froterujacym głową podłogę wokaliście, znakomitym, a jakże, wykrzyczeniu refrenu przez publiczność to mogłabym godzinami, więc może lepiej nie. 
Po czterech latach dostałam jednak w końcu to, czego tak bardzo chciałam. Kilkadziesiąt sekund niepewności... O ile Stockholm Syndrome wcześniej 'bardzo-uwielbiałam' o tyle teraz jedyne co mam w głowie myśląc o tej piosence i Łodzi to mniej więcej asdfgkjalnwrhvgfukygjwbh,ajnlhvg itd. Warto było poczekać, nawet cztery lata. Poproszę za każdym razem o Stockholm, bo zdecydowanie bardziej mnie urządza od New Borna ;-) 
A potem cisza (no, prawie) spokój i harmonia. Isolated System, Dom i spółka zjedzeni przez piramidę
Obserwowałam potem przez chwilę koncert z tej bocznej perspektywy, więc ominął mnie spektakl z Ninja Domem :( co jest w sumie chyba jedynym mankamentem stania w tym miejscu, bo można bez problemu zobaczyć Chrisa i przy odrobinie wysiłku Matta, w pobliżu uczynni panowie z butelkami wody i duuużo przestrzeni dla siebie :) This is (not) uprising
Man with a harmonica, i już wszystko jasne, ten koncert zakończy się Survivalem ;) Knights of Cydonia, czy tuż przed końcem czy na samym końcu koncertu i tak sprawia że na płycie jakimś cudem nagle robi się chaos nie do ogarnięcia. 
Starlight, przez niektórych nazywane kiczowatym i kwalifikującym się jedynie do wyrzucenia z setlisty badziewnym dodatkiem jest dla odmiany jedną z moich ulubionych koncertowych piosenek. Moment w którym publika śpiewa Our hopes and expectations, black holes and revelations zawsze wypada genialnie. Nie inaczej było w Łodzi, aż sama byłam zaskoczona...choć przyznam nieśmiało, że marzy mi się kiedyś usłyszeć to na San Siro. To, co działo się tam w 2010 to magia w czystej postaci...
Survival się albo kocha, albo nienawidzi. Jest napompowany do granic możliwości; upakowane w niespełna czterech minutach gitarowe riffy, chóry, pianino, przyklepane falsetem na samym końcu to za dużo jak na jedną piosenkę. A na koncercie w bonusie jeszcze lasery i dymy, a przede wszystkim wizualizacje. Tym, co czyni całą tą piramidową otoczkę tak niesamowitą, są właśnie wizualizacje. I tu należy się szóstka z plusem dla Toma...
Przysięgam że słuchając teraz Survivalu nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że słyszę w odpowiednich momentach syk tego dymu :P 
Najlepsze jest w nich to, że wydają płytę która wydaje się być całkiem przeciętna, żeby nie powiedzieć że po pierwszym przesłuchaniu wprost kiepska - a potem robią z niej taki majstersztyk na koncercie, że nie można się powstrzymać przed katowaniem jej potem non stop. Robią takie show, jakiego nie widziałam na żadnym występie żadnego artysty na żywo. Potrafią wyzwolić w człowieku całą gamę emocji w ciągu niespełna dwóch godzin...
Do odhaczenia mam jeszcze "tylko" Wembley. A zgodnie z tym, co powiedział Dom, Playing Wembley Stadium never gets boring. I nie wszystko stracone :)
Chciałabym napisać kiedyś na temat jakiegoś koncertu krótszy post, ale niestety nie potrafię.
Nigdy i przy nikim nie zdarza mi się po prostu odczuwać tyle, co w ciągu dwóch godzin chłonąc muzykę...


P.S Na wielki minus:
1) Szatnia w Arenie. No ja też uważam że to rewelacyjny pomysł żeby dwie czy trzy osoby rozdawały kurtki trzem tysiącom chętnych. Sceny dantejskie w drodze po kurtkę jeszcze gorsze niż bydło na płycie z wpychaniem łokci do oczu i pod żebra włącznie. Żenujące.
2) Niemożność nabycia czegoś do picia. Ponieważ próbowałam zdobyć swoją kurtkę, co zajęło mi bez mała pół godziny, nie załapałam się na picie które mogłabym kulturalnie i grzecznie zabrać od pani hostessy. Podchodzę do barku i dowiaduję się że mam mieć DROBNE, bo mi nie wydadzą. Wyciągam dziesięć złotych. A pani mi nie wyda, bo ma same piątki.
250-mililitrowej Coca-Coli nie kupiłam za 10 zł nawet na lotnisku, więc stwierdziłam że zwijam czym prędzej manaty i spadam do hotelu. 

Tak czy inaczej.
Chcę jeszcze raz.



środa, 10 października 2012

The 2nd Law of thermodynamics...

Na dzień dobry pragnę zapewnić, że jest to najbardziej subiektywna z opinii/recenzji na temat tej płyty jaką prawdopodobnie będziecie mieli szansę przeczytać, nie znam się prawie wcale na muzyce ale na Muse jako takim całkiem całkiem, brakuje mi wykształcenia muzycznego a w dzieciństwie pewnie słoń w zoo nadepnął mi na ucho, ale wypadek ten skrzętnie ukryto w mojej karcie zdrowia - więc jeśli nie macie ochoty czytać kompletnie amatorskiej recenzji i się denerwować niewiedzą autorki, to jest ten moment w którym czerwony iks w prawym górnym rogu zaczyna pulsować i czeka aż go naciśniecie.
A jeśli nie przeraża Was ilość prywaty i emocjonalnych przemyśleń, możecie iść dalej. Macie tu neonowego brokuła na drogę

Czekałam na The 2nd Law tak niecierpliwie, że pospieszyłam się nawet w zapewnieniach że pierwszy października mógłby nadejść szybciej. A uwierzcie, zwykle nie czynię takich rzeczy, zwłaszcza mając w świadomości że to również początek nowego, i jak się okazuje, wcale nie lepszego, roku akademickiego.
The 2nd Law jest szóstym studyjnym albumem Muse, drugim - który określiłabym mianem zabałaganionego. O ile w przypadku debiutanckiego Showbizu czy Origin of Symmetry ten chaos, mocno przyprawiony eksperymentalnym gitarowym brzmieniem, sprawdził się doskonale - o tyle rozsadzając już uszy dubstepowym monotonnym łupaniem, już nie działa tak dobrze.
Do ery, powiedziałabym, Black Holes and Revelations brytyjskie trio starało się przecierać nowe szlaki i eksperymentować na tyle, na ile to możliwe. Potem zaczęli chyba odcinać kupony od tego, co już osiągnęli i w ten oto sposób skończyła się jakaś magiczna era odkrywania nieznanego. Wielokrotnie przyrównywano ich do dziesiątek innych zespołów, wśród których przoduje Radiohead, Queen i U2, chyba nawet w takiej dokładnie kolejności - słuchając The 2nd Law mam wrażenie, że zaraz gdzieś zza kolejnego przejścia czy solówki wyskoczy mi Freddie a za nim Brian May ze swoją Red Special pod pachą.
Odnoszę wrażenie, że gdzieś podczas nagrywania The Resistance Matt doznał istnego objawienia genialnych pomysłów, i poczuł że pozostawienie któregokolwiek z nich niewykorzystanego będzie tragedią. Stąd chyba na dwóch ostatnich płytach wybuchowa mieszanka rocka, symfonii, dubstepu, przepychu do mdłości i opery.
Po przesłuchaniu The 2nd Law jak i obejrzeniu extrasów w postaci Making Of... nie mogę pozbyć się wrażenia, że Dominic jest na tej płycie wyrzucony gdzieś daleko daleko, i niewiele miał do powiedzenia. Nie neguję tego, że to w życiu Matta (narodziny dziecka) i Chrisa (odwyk) nastąpiły olbrzymie zmiany, ale tą dominację na płycie widać aż trochę...za bardzo. Poza tym nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby pozostawili mu trochę większe pole do manewru, zrobiłby z tą płytą jeszcze 'coś' by uczynić ją lepszą. Takie perełki jak Map of The Problematique czy Assassin nie miałyby tej mocy gdyby nie perkusja...
No, ale do rzeczy.
Płyta otwiera się przyjemnym, mocnym Supremacy, które personalnie traktuję jako swoistą odpowiedź po latach na Citizen Erased. Mocno uładzoną, dopieszczoną, pompatyczną i zupełnie inną - ale to trochę tak, jak z Innuendo pojawiającym się po latach na podobnym szkielecie co Bohemian Rhapsody w przypadku Queenu. Podejrzewałam, a po pierwszym live'u przekonałam się co do słuszności tych podejrzeń, że to nowy koncertozmiatacz - a raczej twórczość aspirująca do stadionowego, masywnego rocka doprowadzającego swoim brzmieniem publikę do palpitacji serca. Bliżej temu kawałkowi, jak się okazuje, do tego czym miał prawdopodobnie być, czyli piosenki do nowego Bonda. Szczerze mówiąc, monotonna, choć jak zawsze śpiewająca bosko Adele jednak pasuje mi tam mniej niż Supremacy.
Klimat Madness jest już kompletnie odmienny; to intymna, rozwijająca się (piekielnie) powoli historia, która na początku się dłuży, a potem pozostawia niedosyt. Piosenka, która pojawiła się jako trzecia z tego albumu, odstawała wyraźnie od dawnej twórczości Muse i dlatego została raczej chłodno przyjęta przez długoletnich fanów. Samej mnie zajęło to ładnych parenaście (-dziesiąt) przesłuchań zanim się polubiliśmy, a i do tej pory najchętniej przewijałabym pierwsze dwie minuty i czterdzieści sekund. Potem już całkiem przyjemne, choć pachnące Queenem przejście i naprawdę ładna końcówka w stylu U2. Przyznać muszę, że jednak moment w którym Matt śpiewa "I realized I need to loooooooooooooooooooooooooooove" sprawia, że w jednej chwili mam ochotę krzyczeć, płakać i rzucać przedmiotami. Z doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że wcale nie bycie samemu jest takie straszne; straszny jest moment w którym człowiek przekonuje się, że nie jest wcale tak silny i obecność drugiej osoby jest mu potrzebna. I chyba dlatego tak bardzo lubię, równocześnie szczerze go nienawidząc, ten właśnie fragment piosenki.
Poof, we arrived at Panic Station. Jeśli ogólnie cały ten krążek miał wzbudzać skrajne emocje, to PS jest najlepszą piosenką na potwierdzenie tej tezy. Za pierwszym razem nie miałam pojęcia czego ja w ogóle słucham i czy to nadal jest Muse...po kilkunastu przesłuchaniach mogę powiedzieć tyle - posłuchawszy tej piosenki rano, będzie się wam odbijać rykoszetem po mózgowiu aż do momentu w którym będziecie kłaść się spać. Ogólnie, wyszedł z tego jeden z lepszych kawałków z płyty, ciekawy, chwytliwy. W przyjemny sposób łączy jakieś szeroko pojęte rytmy popu z charakterystycznym brzmieniem gitary Matta, i rozbrajające partie na trąbkach... Powiedziałabym, że to taki imprezowy hit w stylu późnych lat osiemdziesiątych. Tylko znowu...gdzie jest Dom?
Tak jak i w przypadku The Resistance Matt uderza do klasyki, czego najlepszym przykładem jest Survival (Prelude) - bardzo zresztą przyjemny dla ucha instrumental, mający, jak mniemam, za zadanie przygotować słuchacza na to epickie zdarzenie jakim jest sam Survival.
Jako oficjalna piosenka tegorocznych igrzysk, Survival jest dokładnie taki jak i same igrzyska - wybuchowy, pompatyczny, operowy i rockowy równocześnie...Survival jest najlepszym przykładem tego natłoku pomysłów; próby wciśnięcia ich wszystkich i finalnie - zamknięcie w niespełna czterech i pół minucie stworzyły naprawdę masywny, ale ciężkostrawny utwór. Polubiłam go nawet, do momentu w którym nie zaobserwowałam że zastąpił na koncertach Knights Of Cydonia, które stanowiło perfekcyjnie zamknięcie koncertu. Survival się do tego po prostu nie nadaje, przykro mi.
Follow Me, pomimo zagrażającego zdrowiu stężeniu dubstepu jest jedną z moich ulubionych piosenek na płycie, a jeszcze bardziej cieszy na żywo, gdy przybiera bardziej rockową postać. Utwór, adresowany do Binghama (którego też bicie serca pojawia się na samym początku) trudno określić jako wybitnie udany pod względem tekstu, bo jest dość prosty, ale jako całość...trochę roztapia serce. Z ostatniego numeru Teraz Rocka dowiadujemy się, że pierwotnie był to utwór bardzo rockowy - szczerze, chciałabym usłyszeć właśnie tą pierwotną wersję i czuję, że podobałaby mi się znacznie bardziej.
Jeszcze wczoraj napisałabym, że nie podzielam zachwytów nad Animals, ale przesłuchawszy tego utworu dzisiaj parę razy przyznać muszę że coś jednak w sobie ma. Nie odkryłam jeszcze co to za magiczne "coś", ale przyciąga mnie i teraz chyba mogłabym słuchać jej raz po raz. Brak mi tylko jakiegoś popisu wokalnego, to byłoby taką wisienką na torcie. Jakiś skromny falset? ;)
Niestety, w ciągu półtora tygodnia nie zdołałam jeszcze ustalić jaki jest sens umieszczania na płycie zespołu rockowego kołysanek. Explorers, tak bardzo jak urzeka tekstem tak bardzo mnie odrzuca swoim typowo dziecięcym i kołysankowym początkiem. I te świąteczne dzwoneczki w połowie... Potem rozwija się dość przyjemnie (ale ten bas rodem z Don't Stop Me Now...), co nie zmienia faktu że najmocniejszym (a i tak w porównaniu do poprzedniej twórczości Matta, jednak słabym) punktem piosenki jest jej tekst. Urzekające jest to...
Free me, free me, free me from this world. I don't belong here
It was a mistake imprisoning my soul
Can you free me, free me from this world?
Konia z rzędem temu, komu oko nie poleci, a do końca płyty jeszcze mila i hoho.
Dalszy ciąg stanowi kolaboracja U2 z Brianem May, mianowicie Big Freeze. Przyznam, że to jeden z najrzadziej słuchanych przeze mnie utworów, choć powoli się do niego przekonuję. W kontekście całej płyty, wypchanej po brzegi chórkami, gitarami, symfoniami, stanowi tło, a szkoda. 
Śpiewający Chris to nowość; myślę że to właśnie jego w pełni świadomy (czy to poprawne politycznie?) udział w tworzeniu tej płyty zmienił jej charakter i wydźwięk. Co się okazuje; okazuje się, że Chris daje radę nie tylko śpiewając gdzieś w tle. Spośród dwóch nagranych przez niego piosenek Save Me jest tą spokojniejszą, delikatniejszą, przez to - jednak w kontekście całej twórczości Muse, a nawet już samego The 2nd Law, zwyczajnie monotonną. 
Diametralnie różnym utworem jest Liquid State i to on jest moim faworytem - to właśnie jego wolałabym usłyszeć na koncercie. Mam niesamowity respekt do Chrisa za to, że się otworzył, opowiedział o swojej historii, przede wszystkim - że pokonał to piekło. I napisał dwa utwory, z których jeden jest naprawdę dobrym, jak na debiut, kawałkiem muzyki.
Pamiętam swój atak paniki tuż po odtworzeniu po raz pierwszy Unsustainable; chciało mi się płakać i nawet odechciało mi się czekać na resztę płyty, zakładając że będzie utrzymana w podobnym klimacie. Przyznam że moje nastawienie zmieniło obejrzenie materiału Making Of; nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego ile osób trzeba było zaangażować do zrealizowania tego projektu; że wykorzystano tam instrumenty smyczkowe, chóry...i że to był raczej dość rozbudowany, a nie oparty stricte na brzmieniach elektronicznych pomysł. 
O wiele bardziej, z dwóch ostatnich utworów, podszedł mi Isolated System. Podoba mi się od samego początku do końca - wyrzuciłabym stąd tylko tą gadającą panią. Serio. Wolałabym, jeśli już, śpiewającego Matta, a najlepiej - samą muzykę. 

Dziwna to płyta i podsumowanie jej w jednym poście jest trudne. Łapię się na tym, że Muse z ery ostatniej płyty traktuję jak odrębny zespół niż ten, który stworzył coś tak odważnego i odmiennego jak Showbiz czy Origin Of Symmetry. Nie winię ich za to, że się zmieniają; nie oczekuję, że trzydziestoparoletni Matt po narodzinach dziecka będzie pisał takie same piosenki jak ta osoba, która po grzybkach halucynogennych skonstruowała Plug In Baby i do dziś nie jest w stanie (albo nie chce) powiedzieć o czym tenże utwór jest. Ale jednak słucha się tego 2nd Law i czeka na to mocne uderzenie...i dociera się do końca, a w duszy pozostaje gdzieś niedosyt.
Wydaje mi się (podkreślam, wydaje mi się) że Muse dotarło do takiego punktu w swojej karierze gdzie mogą robić to, co im się żywnie podoba. Dlatego eksperymentują bez obaw - fani obserwujący ich muzykę od czasów Showbiz, Origin of Symmetry, Absolution czy Black Holes and Revelations i tak sięgną po nowy album, choćby z czystej ciekawości. A nowe dubstepowe brzmienia zaspokajają znów potrzeby fanów zdobytych po wybuchu popularności Zmierzchu. Tak czy inaczej, biznes się kręci.
Pocieszające jest to, że Matt nawet riff Burning Bridges potrafił zagrać tak, że rozkręcił publikę, więc o to, czy zatrzęsą w listopadzie Atlas Areną nie muszę się obawiać.
Proszę tylko ładnie, Stockholm Syndrome. To będzie bardzo piękny prezent na moje dwudzieste urodziny. 


wtorek, 24 sierpnia 2010

Mapa Dźwięków : Coke Live Music Festival - dzień II

Mamy wtorek, a pofestiwalowe emocje wciąż jeszcze we mnie tkwią. I trochę boleśnie o sobie przypominają posiniaczonymi kolanami i ropną anginą ;) Mam wrażenie, że do końca nie wierzę nadal, że tam byłam, i że jeszcze nie bardzo dotarło do mnie, że faktycznie miałam szansę usłyszeć ich na żywo. Jest o czym pisać - a i tak mam wrażenie, że wszystkie wspomnienia z tego dnia potrafię przedstawić tylko w postaci wyjątkowego chaosu, przetykanego westchnieniami zachwytu i okrzykami radości.
Pod sceną znaleźliśmy się gdzieś w okolicach 20:30, a już wtedy było tłumnie. W chwilę po 21 pojawili się Panic! At The Disco. Prawdę powiedziawszy, niezbyt interesuję się ich muzyką, toteż poprzestałam na bujaniu się lub oklaskach, oszczędzając energię na Muse. Z miejsca pozdrawiam tutaj koleżankę, która stała za mną i z którą nawet chwilę porozmawiałam...;) Panic! zeszli ze sceny jeszcze przed dwudziestą drugą...i rozpoczęło się ostateczne oczekiwanie. Była to prawdopodobnie najdłuższa godzina mojego życia, wypełniona nerwowym przestępowaniem z nogi na nogę i wszelkimi próbami uspokojenia pulsującego bólu zastanego od 2,5 godziny kręgosłupa. Były też całkiem przyjemne momenty, jak wspólne śpiewanie z tłumem SOADowego Chop Suey czy Holiday Green Day'a ;) W międzyczasie kilkanaście razy zamęczałam mojego współtowarzysza (pozdrawiam!) "co się dzieje, co się dzieje?" za każdym razem gdy tłumem wstrząsały orgazmastyczne okrzyki (ja z racji nikczemnego wzrostu i tak generalnie mało widzę) i np. okazywało się, że na scenie pojawiła się perkusja :D W końcu, z kilkunastominutowym opóźnieniem...pojawili się. Szczerze to miałam wątpliwości - jaka będzie setlista, czy biorąc pod uwagę raczej popową naturę festiwalu Coke będą się raczej opierać o materiał z nowej płyty, czy faktycznie koncert będzie taki, jaki oczekiwałam. Kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki New Born byłam pewna - tak, to będzie koncert mojego życia. W ciągu kilku sekund zapomniałam o bólu kręgosłupa; zaczęłam podskakiwać i śpiewać razem z tłumem. Następnym zaskoczeniem było dla mnie Map Of the Problematique , które chyba sobie wymodliłam, wznosząc codziennie prośby i błagania, by znalazło się w sierpniowym secie. I tu muszę przyznać, że niestety, niewiele z tej wyczekanej piosenki pamiętam. Zasadniczo 3/4 utworu byłam zmuszona przez tłum aby skupiać się na tym, by nie upaść. Szczęście w nieszczęściu, po wszystkich tych przepychankach znalazłam się w okolicach czwartego rzędu od bramek.
Orwellowskie Uprising porwało wszystkich. Dookoła siebie w pewnym momencie widziałam tylko dziesiątki wyrzucanych w powietrze pięści i słyszałam triumfalne okrzyki...Supermassive Black Hole nie należy do czołówki moich ulubionych utworów Muse. Bez większego szału wśród panujących dookoła nieco orgazmastycznych nastrojów potupałam nogą i zachwyciłam jednym z fragmentów - solówką w iście Bellamy'owym stylu. Guiding Light przyjęłam bez większego zachwytu, ot piosenka jakich mają wiele, i moim zdaniem mogli wybrać coś lepszego dla uspokojenia tłumu. Na przykład takie Unintended ;) Potem Nishe podczas którego wjeżdża na scenę fortepian, i następujące po nim United States of Eurasia. Numer dość mocno nawiązujący do Queenowego "Bohemian Rhapsody" nie przekonywał mnie na płycie, na żywo nadrabia o stokroć i naprawdę robi wrażenie. Kiedy na scenę wjeżdżają kotły, a Matt dzierży w dłoniach swój sławetny keytar, nerwowo grzebię po omacku w torbie w poszukiwaniu latarki. Wiecie o akcji latarka? Nie? To odsyłam na youtube do obejrzenia Coke'owego wykonania Undisclosed Desires. Pole świetlików ;) 
Po obejrzeniu tryliarda rozmaitych koncertów na żywo rozpoznałam niemal od razu intro do Bliss. Falset Matta w trzecim refrenie zmiótł mnie z powierzchni ziemi. Chciałam to usłyszeć i dostałam to, czego pragnęłam. Niczego więcej nie było mi do szczęścia potrzeba. Resistance na żywo zrobiło na mnie kolosalne wrażenie i zrozumiałam, że cała płyta o tym samym tytule jest stworzona do słuchania na wielkiej przestrzeni - a tej jest za mało w słuchawkach, aby poznać jej doskonałość. Ostatecznie przekonałam się do całej nowej płyty [no dobra, Guiding Light nadal pozostaje w tyle], która po usłyszeniu na żywo zyskuje naprawdę wiele. O geniuszu Time Is Running Out myślę nie muszę pisać. Przede wszystkim genialnie spisaliśmy się śpiewając bury it...i won't let you bury it...[...]. Następujące później Starlight to pewien rodzaj kolejnego marzenia, które się spełnia. Jest to jedna z pierwszych piosenek, których posłuchałam i dlatego tak dobrze mi się kojarzy ;) Poklaskali, poskakali :D Późniejsza zabawa z naśladowaniem dźwięków gitary Matta to jeden z najlepszych punktów programu. Jego uśmiech - bezcenny! Pierwsze dźwięki Plug In Baby przeniosły mnie w kompletnie inną rzeczywistość. A jak zobaczyłam cudne balony - już w ogóle odleciałam. Nie spodziewałam się, że dadzą nam AŻ tak wiele. Potem chwila przerwy - w międzyczasie gorące okrzyki publiczności nawołujące zespół na scenę - i powrót w wielkim stylu z Hysterią. Tutaj już nerwy puściły i na solówce, którą kocham nad życie, poleciały łzy ;) No i doczekaliśmy nawet słynnego Bum Action na żywo :D Potem Man With A Harmonica i następujące po nim Knights of Cydonia - szczerze się przyznam, że krzyk wszystkich ludzi podczas "No one's gonna take ma alive" mnie mocno zaskoczył. Ostatnich momentów piosenki po prostu nie pamiętam - i nie potrafię znaleźć słów, aby opisać także stan, w którym znalazłam się chwilę przed ;)
 To było z całą pewnością najwspanialsze półtorej godziny mojego życia. I było warte dwóch i pół godzin stania, potwornego bólu kręgosłupa, dzisiejszych problemów z wydaniem z siebie jakiegokolwiek dźwięku i ze zginaniem nóg w kolanach. Nie oddałabym niczego za to, co było mi dane zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć. Dzięki temu, że stałam dość blisko, najlepiej pamiętam szczery uśmiech Chrisa, którego chyba cieszył widok tak żywiołowej publiczności ;) Jedyny żal? Brak Stockholm Syndrome, choć może to i lepiej, bo zapłakałabym się wtedy na śmierć. Mam nadzieję że "See You Later" Dominica odnosiło się do ich rychłego powrotu do Polski...


Chciałam jeszcze pozdrowić wszystkich, których poznałam tego dnia - zarówno wcześniej na spotkaniu, jak i podczas samego festiwalu, a także Wrocławskiego kolegę z kolejki do depozytu i późniejszego marszu na stację BP - uchronił mnie od zaśnięcia z wycieńczenia w wijącej się kolejce :D