Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targi Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targi Książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2013

Targi Targi AD 2013

Targi Książki co roku wyglądają tak samo - masa ludzi, masa książek, jeszcze większa pustka w portfelu...;-) A jednak co roku są jeszcze ciekawsze, co roku czeka jeszcze więcej autorów i jeszcze więcej kolejek. Tegoroczna edycja, wyjątkowo owocna pod względem łupowoksiążkowym (jak nie przygarnąć książki kucharskiej Camilli Läckberg za jedyne 15zł? Albo Billa Grangera za 1/3 oryginalnej ceny? To nic, że uszy mojej ekotorby wyciągają się z każdą minutą na moich plecach o kolejne milimetry ;-) była rewelacyjna, choć najbardziej cieszył fakt, że to już ostatni raz kiedy gnieździmy się w namiotach... Powyżej na zdjęciu - kolejka do Martyny Wojciechowskiej, o 9:59. Czyli teoretycznie, na minutę przed uroczystym otwarciem drzwi ;) Żałuję że stałam w niej nieomal dwie godziny? Nie. Z Martyną zawsze warto zamienić kilka słów... Na zdjęciu akuratnie nie jestem ja,w tym roku fotosacji nie było ;)
O dziwo, jeszcze kiedy stałam w kolejce po wpis w kalendarzu, zaczęła formować się druga kolejka...do Lewandowskiego. Nie jestem przekonana co do jego talentów pisarskich, wiem tylko że było mi się później strasznie trudno przebić do wyjścia przez tłumy w piłkarskich koszulkach ;) Zdobyłam, oprócz -n ilości książek, również zakładki (kochamy zakładki) i miliard ulotek (a tego akurat nie popieram, ale jak już muszą...) a to jedno z moich ulubionych stoisk, to tak przy okazji :D
Poniżej - Andrzej Stasiuk. W kolejce po prawdzie nie stałam, ale spędziłam chyba ze dwadzieścia minut przy stoisku po drugiej stronie alejki, dyskutując z przemiłą panią na temat przekładów literackich, w szczególności dotyczących poezji Wisławy Szymborskiej ;-)
W temacie Szymborskiej, poniżej Michał Rusinek, który się deklinuje...:)
Z jakiegoś powodu książki kucharskie są nie tylko szalenie apetyczne wewnątrz, ale nawet ich zewnętrzna aparycja jest zachwycająca...
Czekam już niecierpliwie na kolejne targi - w jeszcze lepszej lokacji, z jeszcze większą ilością wystawców, książek i być może z większą liczbą przestrzeni...;)


czwartek, 1 listopada 2012

Targowisko książkowości, 26.10.2012

Targi co roku przyciągają tysiące fanów słowa pisanego.
Co roku jest nas, czytających, coraz więcej i chwała że istnieją plany przeniesienia Targów do nowego miejsca. Bo autentycznie robi się ciasno. A mówię tu o niedzieli, która z założenia jest już dniem leniwym i pojawia się tam raczej mniej odwiedzających. Byłyśmy tam tuż po dziesiątej, kiedy nie było kompletnie kolejek (w porównaniu z tym, jak rok temu stałam pół godziny żeby tylko kupić bilet zobaczenie trzech dostępnych okienek było czymś niebywałym). Nabyłyśmy bilety i ... let's enter the wonderland. Pierwszy na mojej liście był Marek Kamiński, którego książkę wygrałam na początku tego roku w konkursie JestKultury, a o której możecie poczytać tutaj. Szalenie mi się podobała, nieraz do niej wracałam, a sam autor okazał się być ciepłym człowiekiem i naskrobał mi kilka bardzo miłych słów w dedykacji. 
Rzecz jasna, żelaznym punktem programu oprócz obecności autorów z dłuugim dorobkiem pisarskim są gwiazdy. Nadal mam wrażenie, że to one przyciągają ludzi bardziej niż książki same w sobie, ale zasadniczo - żaden sposób promowania czytania nie jest zły, prawda? A nuż komuś przyjdzie do głowy jednak tą książkę zakupić...Cieszy mnie jedno. Stoimy w kolejce do Nergala (Tak, kupiłam TĄ książkę TEGO złego Nergala, właśnie po tym jak przeczytałam TEN wywiad w TEJ Gali za 99 groszy). Dzierżę ten swój świeżo nabyty egzemplarz w dłoni, przed nami kolejka - nawet jeszcze nie powala długością i jest czym oddychać. Podchodzą panie z obsługi i mówią, że podpisane zostaną tylko książki. Z karteczkami, notesami i zeszytami proszą nie podchodzić, do zdjęć też raczej nie - i to mi się podoba. To są, było nie było, targi książki. Albo przynajmniej, niech osoby z książkami mają pierwszeństwo.  Nie mogę o Nergalu powiedzieć złego słowa (a to pech, rzekną niektórzy), bo książkę jak należy podpisał i był, bardzo ogólnie rzecz biorąc, bardzo uprzejmy. I ma bardzo ładny, bardzo niski głos. ;) O książce jeszcze tutaj będzie. Stay tuned.
Nie sądzę by przeczytał to ktokolwiek, kto ma jakiś wpływ na organizację ale błagam błagam błagam, przenieście gdzieś stoisko National Geographic. Jest położone w możliwie najgorszym miejscu, bo gdy formuje się DUŻA kolejka (dajmy na to taka, jak do Martyny Wojciechowskiej, a którą zobaczycie na zdjęciu poniżej, choć to jakaś marna 1/3) to w pewnym momencie znajduje się ona dokładnie na wprost głównego wejścia. Co skutecznie utrudnia - stojącym w kolejce utrzymanie strategicznej pozycji (ha! Spodziewacie się kultury na jakby nie było, kulturalnym wydarzeniu? Naiwni Wy, tak samo jak i naiwna byłam Ja; pewnie do momentu kiedy straciłam pęk włosów bo KTOŚ mi je wyrwał) a chcącym przejść do wyjścia tudzież w drugą stronę - przedostanie się. Stałam w kolejce prawie dwie godziny. Było warto. :)
Całą serię Kobieta na Krańcu Świata lubię bardzo, lubię do tych książek wracać, oglądać zdjęcia, czytać raz jeszcze...A inną też sprawą jest, że znaczną rolę odgrywa tu pewnie sympatia do autorki :) Prawda jest taka, że trudno Martyny nie lubić. A jak popatrzeć na to z jaką cierpliwością znosi tarmoszenie i pozowanie do zdjęć z setkami fanów...No dobra. Tylko co jakiś czas nieustraszona zdobywczyni Korony Ziemi sięga do torebki i wyciąga kosmetyczkę wielkości torebki nieco mniejszego kalibru coby poprawić makijaż ;)
Spytana o podróżnicze plany na przyszłość przyznała z rozbrajającym uśmiechem, że są...obszerne. Z późniejszych rozmów na czacie wywnioskować można, że czeka na nas kolejna seria (a zatem i książka!) z cyklu Kobiety... oraz kilka innych ciekawych wydarzeń. Odskakując od planów zawodowych, w swoich książkach wielokrotnie autorka podkreśla o tym jaka jest wysoka, niezgrabna i w niektórych kulturach uznana zostałaby po prostu za brzydką...(tak, właśnie tak dosadnie zostało to ujęte w ostatniej części). Otóż nie. Martyna jest po prostu jedną z ładniejszych kobiet jakie kiedykolwiek spotkałam ;)
I nawiasem mówiąc, ma bardzo ładny tatuaż na lewym przedramieniu. Głosi on, co następuje,Even the longest journey starts with the single step. A jakby tego było mało, jest napisany bardzo, bardzo ładną czcionką. I z tego co udało mi się dowiedzieć, jest to jej własne pismo ;)
W cień tym razem usunął się Szymon Hołownia, który zdaje się bez Marcina Prokopa już nie był dla krejzolowych fanek tak atrakcyjnych...taki pech. Nie zdążyłam do Joanny Chmielewskiej, znów przyuważyłam ten sam przepis na ciasteczka św. Hildegardy na których to upieczenie brakło mi czasu przez okrąągły rok! Nabyłam Pożyczoną-Na-Wielkie-Nieoddanie pierwszą część Kobiety na Krańcu Świata, która zaginęła w akcji (Dobry Zwyczaj Nie Pożyczaj) i Spowiedź Heretyka, która zdaje się jest teraz absolutnym numerem 1, zwłaszcza wśród tych, którzy jej nie czytali. Na zdjęciu poniżej; stoisko NG.
A na koniec...potrzeba matką wynalazku

niedziela, 6 listopada 2011

Targi Książki w Krakowie. 5-6 listopada.

Krakowskie Targi Książki to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. W ubiegłym roku, jeśli wierzyć liczbom, przewinęło się przez nie 32 tysiące odwiedzających - w tym jestem skłonna stwierdzić, że nawet więcej. Ponad 500 wystawców, blisko 400 autorów. Cztery dni dzikiej uciechy i polowania na okazje dla wszystkich moli książkowych. I nie tylko, ale o tym dalej.
Targi są zlokalizowane w łatwo dostępnym miejscu (przynajmniej dla mnie), choć uważam za gigantyczny nietakt, tak, właśnie NIETAKT fakt, że miasto Kraków zapragnęło właśnie w ten weekend poprawiać tory. Czy cokolwiek, ale wymagające jazdy dookoła całego Starego Miasta, by pokonać trasę którą normalnie tramwajem przejeżdża się w trzy minuty. Pech chciał, że akurat w sobotę musiałam pojechać wydrukować sto(s) kartek na zajęcia i znalazłam się w ścisłym centrum. Dojazd 14 na przystanek Centralna zajął mi chyba z godzinę. Ale przynajmniej siedziałam (luksus wsiadania baardzo daleko). Na ostatnim przystanku przed targami ludzie dopychali się na siłę, byle tylko wsiąść. "Pan wejdzie tu wyżej bo sie drzwi nie zamkno!" i tego typu metody przechytrzenia maszyny. Ale pojechaliśmy.
Nigdy wcześniej nie byłam na Targach Książki i miałam nawet wątpliwości czy aby trafię na te hale (ale w końcu zawsze można iść za tłumem) ale kolejka była widoczna bez większych problemów już z tramwaju. Jeśli ktoś kiedyś był w tamtych okolicach, to kolejka pierwszego dnia zakręcała za lecznicę. Nie zrobiłam zdjęcia, bo tak bardzo się spieszyłam żeby zdążyć przed tabunem ludzi z tramwaju, chociaż co bardziej krzepkie staruszki i tak mnie wyprzedziły. Tak było w połowie drogi...
Wieelki minus ode mnie za opłatę przy wstępie. I nie chodzi o to, że muszę zapłacić te symboliczne 5 zł - ok, w końcu to 5 zł i za tę samą cenę miałabym ze dwie tabliczki kiepskiej czekolady, ale o fakt, że płaci się za każdorazowe wejście na teren targów. Co oznacza, że jeśli wyjdziecie, bo nie satysfakcjonuje was kilometrowa kolejka po obiad, i pójdziecie na pobliską stację benzynową, to ponowne wejście kosztuje was znów 5zł. Lub 7, jeśli nie przysługuje wam bilet ulgowy. Toteż, jeśli się zagapicie i będziecie szli w stronę świeżego powietrza, to znajdziecie się na świeżym powietrzu i z dylematem - wyjść na zewnątrz i już nie wrócić czy znów stać w kilometrowej kolejce do kasy? Ja wybrałam się na targi w sobotę i w niedzielę. W sobotę, w okolicach godziny 13, gdy nastąpiło tłumowe apogeum w końcu się poddałam i wróciłam do domu. Moment w którym przestałam poruszać się samoistnie a zaczęłam płynąć z tłumem uznałam za decydujący. W niedzielę było luźniej i to była chyba główna zaleta. Można było pooddychać. 
Patrząc na te tłumy od razu nasuwa się pytanie - skąd zatem stwierdzenie, że Polacy nie czytają? Ja wiem. Tłumy przyszły pooglądać "panów z telewizji". I tak obserwując ludzi byłam ciekawa ileż z nich przyszło faktycznie znaleźć jakieś interesujące książki, upolować jakąś okazję, spotkać się z lubianym, chociaż niszowym autorem. Dla porównania - przy gwiazdach takich jak Piotr Kraśko czy Wojciech Cejrowski, powszechnie znanych szerokim masom z TiWi, ludzie tłoczyli się jak mrówki. Joanna Szczepkowska za to nie miała z kim porozmawiać i siedziała sama. No. To idźmy za tłumem.

Jestem ciekawa "książkowego" debiutu Artura Barcisia i żałuję, że nie byłam w piątek na Targach by go spotkać. Niesamowicie go cenię jako aktora i chętnie sprawdzę, jak sobie radzi z pisaniem ;-) Dwa razy nie udało mi się spotkać Jacka Dehnela (ku czemu miałam okazję w lokalnej bibliotece jakieś dwa lata temu), choć wczoraj byłam nawet dłuższą chwilę przed 12 i już go nie zastałam. Miałam bardzo bardzo ochotę udać się na spotkanie z Gretkowską, ale tłum wypchnął mnie wcześniej i zniechęcił do powrotu. Miałam jeszcze wczoraj w planie spotkać Marka Krajewskiego, ale nie wyszło z powodu wyżej wspomnianego...
Dzisiaj zaplanowałam czas staranniej, chcąc zobaczyć maksymalnie dużo w minimalnym czasie, bo bezcelowe łażenie wśród tylu ludzi mnie niesamowicie wczoraj zmęczyło (nie na tyle jednak, bym zrezygnowała z wycieczki do centrum handlowego z outletami i późniejszego przetranskrybowania 115 zdań) Od razu rzuciła mi się w oczy jakaś gigantyczna, wijąca się kolejka - która, jak podejrzewałam, wiodła do jakiegoś celebryty. O tym się nie przekonałam, bo kolejka zakręciła w prawo, a ja poszłam na wprost, chcąc zobaczyć książki kucharskie wydawnictwa Filo (które wydaje książki Nigelli Lawson, Jamie'go Olivera, ostatnio Sophie Dahl). Za to napotkałam Annę Dereszowską, czytającą dzieciom bajki ;)
Ciekawość czytelników portali plotkarskich zaspokoję stwierdzeniem, że Dereszowska jest bardzo ładną kobietą i całkowicie normalną, bez objawów żadnego celebryckiego skrzywienia na które zapewne wszyscy liczą. Porusza się normalnie bez ochroniarzy, nie zadziera nosa, zakładam że gdyby ją zaczepić i poprosić o autograf stosując podstawowe zasady savoir-vivre'u nie robiłaby z tego żadnego problemu. Dzisiaj to cały splendor padł na Marcina Prokopa i Szymona Hołownię, do których zresztą nie omieszkałam też się ustawić w kolejce. Tutaj następuje kwintesencja i apogeum "telewizyjności i celebryckości" tego wydarzenia - nie jestem pewna, czy marna 1/4 osób stojących w gigantycznej kolejce, zawijającej się początkowo chyba dwukrotnie wokół narożników, miała w ogóle pojęcie że oni coś napisali i że robią cokolwiek poza wyginaniem się przed Foremniak i Chylińską w sobotnie wieczory. Teksty roku to jednak leciały od trzech dziewcząt, na moje oko gimnazjum (o czym upewniłam się potem gdy stwierdziły że mają TAAKI problem z pierwiastkami!) stojących za mną. Ogólnie, umierały z wrażenia że ZARAZ ICH SPOTKAJĄĄ! od momentu gdy ustawiły się w kolejce. A to nastąpiło jakieś 20 minut przed tym, jak w ogóle się pojawili. Z ogólnej ich opowieści wywnioskowałam, że Hołownia stanowi dla nich jakiś niezbyt wiele znaczący dodatek do Prokopa, no tam "se stoi koło niego, nie? i ma jakiś program w religia tiwi" ale szału nie ma. Potem nastąpiły dywagacje - no bo po co one tutaj stoją? No to jakiś tylko podpis jest, nie, takich dwóch facetów co prowadzą Mam Talent, piszą ponoć książki, mają swoje programy i są rozpoznawalni na świecie (przy tym ostatnim mało nie udławiłam się gumą do żucia). W momencie kiedy podeszliśmy na tyle blisko, że byli widoczni z daleka, dziewczęta mało nie pomdlały z wrażenia. "Omójbosze jaką-on-ma-śliczną-koszulę!!! Aaaa, ojesuuu, różową w kratkę! No nieee, cały czas mnie będzie kusiło żeby mu powiedzieć "Ale masz ekstra koszulęę!" " A to tylko nieliczne z wielu równie wspaniałych tekstów. Sami przyznacie. Trudno zachować powagę w takiej sytuacji. Jak już się dostałam (przez kordon panów ochroniarzy, w sumie jak się nasłuchałam tych niecnych planów ataku i pochwał za plecami to się przestałam dziwić - ba, nawet spytałam czy zdarzają się ataki rozhisteryzowanych fanek) do stolika, to nawet udało mi się parę słów z panem Hołownią zamienić. I stwierdzam, że to ciepły i przesympatyczny człowiek ;) Zdjęć żadnych nie mam. No wybaczcie. Za słabe łokcie.

Nie spodziewajcie się tutaj stosu łupów zakupionych na Targach. Bardzo chciałam kupić książkę Sophie Dahl, ale chyba zbyt dużej różnicy cenowej się spodziewałam i jej właściwa "cena targowa" mnie nie porwała na tyle, by kupić ją akurat dziś. Doliczając wstęp na targi, wyszło mi tyle samo jak przy kupnie w Empiku. Dużą różnicę zauważyłam przy Złotej Księdze Czekolady (11zł) i miałam w sumie ochotę ją kupić, ale potem sobie uświadomiłam że przez nadchodzące miesiące raczej dłuuuugo jej nie wykorzystam. Po co ma leżeć odłogiem, skoro za tą cenę mogę kupić Nigellę lub Jamie'go Olivera z ich szybkimi, praktycznymi obiadami. Wychodząc poza tematykę kulinarną, dobrą ofertę drugiego dnia miało stoisko National Geographic, -40% od wystawionej ceny. Tutaj jednak wszystkie tytuły, które chciałam mieć zdążyłam kupić wcześniej, a wśród wystawionych książek nic nie zachwyciło mnie na tyle by natychmiast je kupić. Miałam w ręku autobiografię Agassiego, ale też zrezygnowałam (złotówka różnicy...). Żeby nie było że jestem sknerusem i zrzędą i poszłam na Targi pogapić się na celebrytów (nie zdążyłam na Kasię Cichopek!!!) straciłam wszelkie hamulce jak zobaczyłam trzeci tom 1Q84 i właściwie to kupiłabym tą książkę nawet gdyby ktoś chciał mi ją sprzedać za 80zł.  Może ja nie umiem szukać - jeśli ktoś potrafi, niech się ze mną podzieli receptą. Jedyne książki jakie widziałam po 10 zł to modlitewniki i żywoty świętych.  A, kupiłam coś jeszcze. Ale tym łupem na razie podzielić się nie mogę ;)

A to...do wypróbowania. Może dzięki św. Hildegardzie poranne wstawanie będzie łatwiejsze ;-)
Pytanie - Czy wybiorę się na targi w przyszłym roku? Ma dla mnie jedną, oczywistą odpowiedź. Oczywiście, że tak.

Pomna tegorocznych doświadczeń, wybiorę się tam jednak w glanach, przewiewnym ubraniu i z własnym aparatem tlenowym.