Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2014

Uzdrowiskowy klimat po raz kolejny

Nie ma wdzięczniejszych miejscowości niż uzdrowiska. Raz, że jest to niezastąpione miejsce do prowadzenia wszelkiego rodzaju socjologicznych obserwacji. Dwa, że życie tutaj toczy się kompletnie innym rytmem. Trzy, że to pewnie też kwestia sentymentu.
Krynicę odwiedziłam drugi raz w życiu; wiele się tu zmieniło na dobre, ale nie brakuje tu tendencji typowych dla państwowych uzdrowisk, czyli powszechnego rozkładu i rujnacji. Ale o tym więcej za chwilę.
Sercem każdej miejscowości uzdrowiskowej jest rzecz jasna główny dom zdrojowy, nie inaczej jest zatem w Krynicy. Boli to, że jak we wszystkich uzdrowiskach, które jeszcze nie przeszły w ręce prywatne, większość takich budynków jest mocno zaniedbana i straszy odpadającym tynkiem. Budynek powyżej może i nie straszy na pierwszy rzut oka, ale już widok z deptaku biegnącego po drugiej stronie jest paskudny. W większości chyba stosuje się zasadę, że o ile na głowę nie sypie się tynk, a nogi nie zapadają w schody, już jest dobrze i zasadniczo więcej remontów nie trzeba.
Wspaniały efekt daje piękna, ażurowa balustrada pociągnięta chamską olejną farbą ;) Oraz...
Drewniana (jak podejrzewamy) podłoga przykryta sztuczną, zieloną trawą. Tu docieramy do jednej z niewątpliwie najprzyjemniejszych atrakcji miejscowości uzdrowiskowych, a mianowicie do wieczorków tanecznych! Tadam. Zawsze warto, będąc w takim właśnie miejscu, udać się na jedno z takich spotkań. To właśnie tu można poczynić większość niezapomnianych obserwacji, przyjrzeć się najnowszym nurtom w modzie (zauważyłam, że w tym sezonie bardzo modna jest szalona opalenizna, której kolor na próbniku farb prawdopodobnie plasowałby się blisko dzikiego oranżu z domieszką mocno nasyconej ochry).
To jest podobno muszla koncertowa. Mówię podobno, bo obiekt kryjący się pod tą nazwą zwykle kojarzył mi się z czymś dość rozbudowanym, gdzie bez problemu mieściła się orkiestra (no może nie w pełnym składzie, ale powiedzmy że sporo tam wchodzi muzyków z instrumentami). Tam po prawej w kącie widać kawałek pijalni, więc mniej więcej w tym miejscu - ale nieco z przodu - stała pani sprzedająca kartki i znaczki pocztowe. Wierzę, że miała niemały ubaw, kiedy pieczołowicie umieszczając na swoich kartkach pocztowych pieczęć z podobizną Jana Kiepury, spytałam ją gdzie też znajduje się ta cudowna muszla...
Trwał właśnie coroczny festiwal im. Jana Kiepury, więc codziennie w południe w tzw. "hołdzie" patronowi festiwalu jedna z gwiazd śpiewała JEDEN utwór. Za pierwszym razem zdarliśmy podeszwy, żeby zdążyć na czas na ten performęs, ale okazało się że to, na co wszędzie tak bardzo zapraszają, to jeden jedyny utwór, po którym na scenę wkraczał pan konferansjer i przez kolejne kilkanaście minut namiętnie zapraszał na wieczorny koncert. Problem był w tym, że bilety na koncert kosztowały 70 lub 120 zł. A to, umówmy się, nie jest kwota którą radośnie wysupła z portfela ani przeciętny, zainteresowany muzyką w stopniu średnim człowiek, ani tym bardziej przebywający w Krynicy na wczasach z NFZtu kuracjusz.
Występ z dnia ostatniego. Przed śpiewem o 12 można było wejść na spotkania z gwiazdami festiwalu - to akurat inicjatywa bardzo fajna, byliśmy częściowo na jednym z nich i było bardzo, bardzo sympatycznie :)
Stary Dom Zdrojowy od tej nieco mniej reprezentatywnej strony (choć z góry niedostatków i braków w tynku nie widać, więc prezentuje się imponująco). To na samym dole to "Galeria pod Kasztanem", choć po kasztanie pozostał już tylko pień w tym murowanym okręgu. 
Pijalnia jest teraz remontowana, więc wodę można zdobyć wyłącznie w Starych Łazienkach Mineralnych albo w Starym Domu Zdrojowym (choć tam dostępna jest tylko ta o wdzięcznej nazwie Mieczysław). W ciągu dnia pawilon jest nieoświetlony, ale wieczorem można do niego zajrzeć i poobserwować nowo zasadzoną roślinność tropikalną. Wygląda jakby luksusowo :-)
Stare Łazienki, gdzie obecnie można zakupić (hehe, piękne czasy kiedy cudowna woda w uzdrowiskach była za darmo) trzy czy cztery rodzaje wody. Dla hardkorowców Zuber, choć ma podobno boskie właściwości. Rozbrajająca kartka mówiąca o tym, że kwiatków cudowną wodą NIE należy podlewać, poniekąd świadczy chyba o walorach smakowych (a przede wszystkim zapachowych) wód.
Park Zdrojowy, również znakomite miejsce do obserwacji. Po prawej widać fontanny, gdzie kilka razy w ciągu dnia są pokazy na modłę światło i dźwięk, więc można posłuchać i popatrzeć na taneczną wodę w kolorach tęczy. Najlepiej wybrać się dopiero, kiedy jest już całkowicie ciemno, tj. na początku sierpnia najlepsze do obserwowania są pokazy ok. 21.


***
Nawiązując do remontu pijalni - niektóre z obiektów nie miały tyle szczęścia. W naszym kraju bardziej opłaca się budować nowe, niż inwestować w remont starych budynków. Te lepiej zostawić, dopóki same się nie rozpadną.



piątek, 20 grudnia 2013

places where I belong II

summertime sadness
you're in ruins



Kiss me hard before you go
Summertime sadness
I just wanted you to know
That,
baby, you're the best

I got my red dress on tonight
Dancing in the dark in the pale moonlight
Done my hair up real big beauty queen style
High heels off,
I'm feeling alive

Oh, my God, I feel it in the air
Telephone wires above are sizzling like a snare
Honey, I'm on fire, I feel it everywhere
Nothing scares me anymore

Think I'll miss you forever
Like the stars miss the sun in the morning sky
Later's is better than never
Even if you're gone I'm gonna drive

niedziela, 10 listopada 2013

Take my hand and lead the way

Organ opiniotwórczy w kwestii muzyki jest ze mnie żaden, ale jednego jestem pewna - kiedy coś mi się podoba, to podoba mi się w stu procentach. Albo wcale. 
Hurts dołączyli z przytupem do tej pierwszej grupy w marcu, kiedy miałam okazję zobaczyć ich na żywo po raz pierwszy. Nie upłynął tydzień od tamtego koncertu, gdy miałam już bilet na ich listopadowe występy na Torwarze i niepokoi mnie fakt, że jeszcze nie ogłosili żadnej wiosennej trasy :P
Poprzednim razem supportował ich Uniqplan, który spodobał mi się tamtego wieczora i został ze mną do dziś...tym razem nie było tak fajnie, bo choć wokalistka XXNXX (czy tylko ja myślałam, że chodziło o xanax?) ma głos piękny, to w zestawieniu z elektro-synth-bliżejnieokreślonąmuzyką stworzyło zestaw w którym ciężko było mi się zakochać od pierwszego dźwięku. Na razie jeszcze zdaje się uczucie nie dojrzało na tyle, żebym nabyła EPkę...
Po raz pierwszy zdarzyło mi się siedzieć na trybunach i cóż...było świetnie ;-) Jak raz miałam szansę zobaczyć wszystko, nikt mi nie zasłaniał, co prawda w niektórych momentach nogi same rwały się do tańca, a nie bardzo się dało, ale wrażenia bardzo pozytywne. I z kilkudziesięciu wykonanych zdjęć nareszcie troszkę więcej niż 10% nie jest makabrycznie poruszonych :D Zatem polecam trybuny ^^
W porównaniu ze skromną oprawą kameralnego koncertu w Palladium, to co działo się w czwartek było wręcz masywne. Najpiękniejszy moment? Chyba sam początek, kiedy po Mercy rozbrzmiało Miracle, opadła kurtyna z logo zespołu i rozbłysły światła. To chyba moment porównywalny z tym, kiedy na chwilę mnie kompletnie zatkało gdy zobaczyłam opuszczającą się piramidę na koncercie Muse...
W jakiś sposób dotarło do mnie wtedy, że Hurts są już coraz bliżej wyjścia z fazy kameralnych koncertów w niewielkich klubach i zaczynają gromadzić na swoich występach coraz więcej osób, na coraz większych obiektach. I radzą sobie tam równie świetnie co na mniejszych powierzchniach, nadal utrzymując ścisły kontakt z widownią.
Dopiero siedząc gdzieś dalej można podziwiać całą oprawę koncertu...Stojąc w tłumie trudno jest się skupiać na grze świateł (która, notabene, jest świetnym elementem show), bo albo trzeba cały czas wyciągać głowę żeby zobaczyć cokolwiek albo walczyć o przetrwanie w skaczącym tłumie ;) Ponadto, po raz pierwszy miałam okazję przekonać się na własne oczy jak rewelacyjnie wyglądają wszyscy ludzie na płycie, kiedy synchronicznie się poruszają. Coś pięknego.
Nowa, rozbudowana setlista zawiera utwory których fani nie mieli okazji usłyszeć wcześniej na żywo - od otwierającego koncert Mercy, poprzez The Crow (o ile - wstyd - nie byłam przekonana do albumowej wersji, szczęka opadła mi baardzo nisko podczas koncertu. Piękne brzmienie. O ile coś może równocześnie być eteryczne i delikatne robiąc miażdżące wrażenie, to takie właśnie jest The Crow) aż po ostatni utwór, czyli Help. Ponadto, nastąpiła drobna zmiana w akustycznych wersjach - wcześniej to Somebody to die for wykonywano tylko przy akompaniamencie gitary, tym razem było to Blood, Tears & Gold. Najlepsza zamiana ever, a BTG w takiej wersji brzmi o niebo lepiej.  Że już nie wspomnę o momentach, kiedy to publika ma szansę się wykazać a z tym, moi drodzy współuczestnicy, poradziliśmy sobie znakomicie :D
Pomimo, że setlista wzbogaciła się o kilka całkiem nowych utworów, nie zabrano z niej żadnej z perełek. Nie zabrakło Unspoken, Silver Lining, Evelyn, Illuminated czy - oczywiście - Wonderful Life. Oprócz tego szalenie cieszyło mnie, jak zawsze, Sunday - i jeszcze bardziej ucieszyłam się, kiedy ludzie na trybunach zaczęli wstawać, bo nie godzi się jedynie przytupywać nogą na siedząco do TAKIEJ piosenki :-)
Choć po The Road niektórzy zaczęli opuszczać salę, Theo i Adam po chwili wrócili na scenę. Przed nami były jeszcze dwa fantastyczne utwory...
Taneczne szaleństwo przy Better Than Love...tak, poza Sunday to może jedyny moment kiedy chciałabym mieć wokół siebie więcej miejsca żeby móc swobodnie pomachać kończynami ;) Swoją drogą, Mamie - z którą byłam na koncercie - szalenie spodobał się styl tańca Theo, zwłaszcza irlandzkie wymachy nogami ;)
Help jest przepięknym zwieńczeniem koncertu. I bije na głowę Stay, chociaż i to wyszło pięknie, biorąc pod uwagę aktywny udział publiczności w dośpiewywaniu odpowiednich fragmentów i długość aplauzu :) Nie mogę nadal wyjść z zachwytu nad tą piękną, ostatnią piosenką, nad Theo tańcującym po scenie owiniętym w Polską flagę, nad rzutem różami zsynchronizowanym idealnie z muzyką - cudo. 

środa, 1 maja 2013

Wrocław

Wrocław zawsze miał w sobie coś magnetycznego.
Jeszcze zanim zdążyłam wybrać się tam po raz pierwszy, coś mnie z nim związało. Dzisiaj, po tym jak miałam okazję odwiedzić miasto dwukrotnie, wiem że wróciłabym tam chętnie nawet dziś. To chyba jedno z niewielu miejsc które jest mi dziwnie znajome i w którym mogłabym chyba nawet zamieszkać...
Zanim przejdziemy do części zdjęciowo - opisowej, soundtrackiem dla Wrocławia jakoś stało się Pyro Kings of Leon, więc zachęcam do słuchania. Lepiej się czyta...;)

Subiektywnie, wrocławski rynek prezentuje się znacznie korzystniej od krakowskiego. Kamienice są zadbane, odrestaurowane, niewiele jest remontów (Kraków jest jakimś cudem stale w przebudowie), jest czysto....A biorąc pod uwagę potworny upał w którym przyszło mi i za pierwszym, i za drugim razem zwiedzać Wrocław - pomysł z 'fontannami' na rynku w których można było się schłodzić był genialny. Woda rozpylana w postaci gęstej mgły pomagała jakoś przetrwać horrendalnie wysokie temperatury ;)
Mówiąc o ładnych kamienicach, mam na myśli takie widoki...
Wrocławski rynek jest też mniej zatłoczony wszystkimi ogródkami piwnymi i knajpami - Krakowski, pomimo olbrzymiej powierzchni zmniejsza się niebezpiecznie z roku na rok wchłaniając na swoją płytę coraz więcej krzesełek, stoliczków i parasoli. 
Fontannę też mają fajną ;)
Katedry nijak nie dało się wcisnąć w kadr tak, żeby jej nie obciąć jakiejś strategicznej części...jest za to ta którą chciałam zobaczyć też z innej perspektywy (a jednak się nie udało), czyli Mostek Czarownic. A przynajmniej jego niewielki kawałek....
Pomimo niezliczonych uliczek, miasto jest dość łatwe do pobieżnego 'ogarnięcia' przy pomocy mapy, albo nawet i bez...a nawet jeśli już nam się to uda, to pomocni mieszkańcy chętnie dzielą się wiedzą ;) 

Ten bardzo znany mostek ze wszystkich zdjęć
Chciałam zobaczyć Halę Targową od środka, ale jakoś tak się stało, że była zamknięta...

Jednego jestem pewna; za dużo - z powodu potwornej pogody - mnie ominęło. Zbyt wielu miejsc nie zdążyłam zobaczyć, żeby jeszcze kiedyś tam nie wrócić.
Zatem wrócę.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Varsovie

Jeżeli można w jakiś sposób ocenić miasto na podstawie jednego spaceru wzdłuż jednej ulicy w najbardziej komercyjnej okolicy, to Warszawa mi się podoba.
Ostatnio byłam tam, mając szansę zobaczyć coś więcej, jakieś pięć lat temu. Niezbyt to już świeże wspomnienia, a w tych sprzed lat siedmiu pamiętam jedynie park i alejki, po których przesuwały się cienie rzucane przez korony drzew. I ten straszny upał.
W ten weekend, dla odmiany, było -10.
Nie zmienia to i tak faktu, że Warszawa mroźnym porankiem, tuż po 9, i tak robi wrażenie.
Już po wyjściu z hotelu było w oddali widać Pałac Kultury i Nauki. Stał się targetem wyprawy, jak się okazało - nie tak dalekim, ale jak na arktyczne warunki wystarczająco wykańczającym. Ten sam dystans pokonany dzień wcześniej taksówską kosztował nas 25zł...
Kraków przyzwyczaił mnie do relatywnie niskiej zabudowy, bo nie liczę tutaj tych dwóch czy trzech wysokościowców, którymi możemy się pochwalić ;) a z których to jeden aktualnie popada w ruinę i stanowi najbardziej atrakcyjną powierzchnię reklamową w mieście - stąd też chyba moja sympatia do tych wszystkich wysoookich budynków. Niektóre wtapiają się w zabudowę miasta lepiej, inne gorzej - wszystkie podobają mi się tak samo. Ale i na wszystkich wieżach widokowych musiałam być zawsze już od dziecka, więc chyba nie może być inaczej ;)
Jedyne co mnie rozczarowało to sławetne Złote Tarasy, bo są tak wbite między jeden budynek a drugi, że gdyby nie ten charakterystyczny dach mogłabym równie dobrze pobiec dalej i nawet ich nie zauważyć. A tak to by tradycji stało się zadość, nabyłyśmy magnes na lodówkę :-)
Chciałam dodać tu zdjęcie, które jest imho wyjątkowo udane, ale właśnie (zamiast np. położyć się spać mając w perspektywie wstawanie o 6) wciągnęłam się w bardzo ciekawy temat jakim jest zakaz fotografowania w wyżej wymienionych Złotych Tarasach i jestem lekko skołowana, bo nie wiem czy wstawiwszy tu dziś urocze zdjęcie pokrytej śniegiem szklanej bańki jutro u drzwi moich nie zastanę jakiejś firmy ochroniarskiej.
Bo nawet doświadczyłam hejtu pana ochroniarza w moją stronę, który nie chciał mnie opuścić dopóki ja nie opuściłam centrum handlowego, a coś mi się wydaje że jego marzeniem było zrobić z tego fajną akcję z pościgiem i wyprowadzeniem mnie z policyjną eskortą w ten nudny niedzielny poranek
Także żałujcie.
Macie za to Pałac Kultury
I może jeszcze kultury do kwadratu trochę, choć mam lekkie obawy bo nie wiem czy nie zrobiłam tego zdjęcia z jakiejś zakazanej strony chodnika
Co tak konkretnie było celem mojej wyprawy do Warszawy, zapewne dowiecie się wkrótce :-) 
Póki co - korytarz hotelowy załamany
Ale, zupełnie niczym w powiedzonku Stressed, depressed but well dressed - w wymarzonych jak dla mnie kolorach.
To, jak się okazało - jest świetlikiem w suficie jadalni. :)


A na sam koniec...mamy nowy specjał w kuchni polskiej. :)