Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Stołowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Stołowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 października 2012

Skalne Miasto

Jeśli mało Wam atrakcji po polskiej stronie granicy, to po sąsiedzku czeka na Was jeszcze Skalne Miasto. Moim zdaniem - jeszcze lepsze od rodzimego Szczelińca, choć nie tak zaskakujące jak skalne grzyby.
Od Kudowy jest oddalone o około 30 kilometrów, a droga raczej nie powinna sprawiać problemu. Można wspomagać się giepeesem, nie wyjedziecie na polance pośrodku lasu.
Wydatek na dobry początek to jednorazowa opłata za parking. Ceny za wstęp są porównywalne do tych w Polsce, a trasa jest jednak bardziej przyjazna niewprawnym piechurom (czyli możliwe, że i nudna dla tych przygotowanych na jakieś szokujące wrażenia i wspinaczki wymagające pomocy łańcuchów). W japonkach jednak nie polecam, a uwierzcie, sporo takich kwiatków się po drodze widziało...
Przy samym wejściu jest jezioro, i samo jego obejście (jeśli ma się w ogóle na to ochotę) to już kawałek drogi. Można też popływać, zapewne za jakąś stosowną opłatą. Największym braniem, zwłaszcza wśród turystów U7 cieszą się i tak kaczki.
Skały są po prostu monumentalne. Dodatkowy tip na drogę - łatwo można się podłączyć pod zorganizowane wycieczki z przewodnikami mówiącymi po polsku. (Wycieczek z przewodnikiem indywidualnych, z tego co mi wiadomo, nie organizują) Polecam, bo sporo skał nie jest oznaczonych i można je łatwo pominąć...
Organki na przykład
Nie ma jednak miejsc idealnych, i minusem Skalnego Miasta są tłumy ludzi. Przez swoją atrakcyjność przyciąga znacznie więcej turystów niż Szczeliniec, i to są autentyczne hordy ludzi. Co dobrze widać na tym zdjęciu zresztą...W oddali, jeśli gdzieś zauważycie między ludźmi, znajduje się brama. I wierzcie lub nie, ale równo z jej przekroczeniem temperatura gwałtownie spada ;)
A spada dlatego, że wchodzi się w labirynt pomiędzy skałami. I to bardzo, bardzo pomiędzy skałami. Tu widać to chyba całkiem nieźle ;)
Góry Skaliste made in Czech Republic
Najciekawszym (przynajmniej dla mnie) punktem trasy jest wodospad - ukryty wśród skał. Piękne :)
i w kolorze, bo się zdecydować nie mogę
Docelowo wędrówka prowadzi do jeziorka, które zapewne jest czymś w rodzaju naszego Morskiego Oka. Piszę zapewne, bo jedyną dostępną tam atrakcją jest rejs łódeczką (która ponoć jest w wątpliwej kondycji), a to kompletnie nie leży w kręgu naszych ulubionych rozrywek. Biorąc (niesłusznie) za dobrą wskazówkę drogowskaz prowadzący gdzieś w nieokreśloną górę, z napisem "do jeziorka" postanowiliśmy sprawdzić czy da się do zbiornika wodnego dojść ot tak po prostu, nie chcąc po nim pływać. No i poszliśmy.
Droga jest a i owszem, bardzo ciekawa, a krajobraz urozmaicony...
Ścieżki zgrabnie wkomponowane w głazy narzutowe i inne okoliczności przyrody
Potem się schodzi po jakimś miliardzie schodów. Autentycznie.
No dobra, po stu na pewno!
Na dole, co się okazuje, jest dziwny zbiornik z wodą o kolorze brunatnoczarnym, wątpliwym zapachu, ale dającą całkiem gustowne odbicie
A skoro już zeszliśmy po miliardzie schodów to teraz pora na nie wejść po drugiej stronie, ale po co komu drabina wyposażona w szczeble, skoro wchodzenie po takiej bez nich to +100 punktów do sprawności?
HA! I tu następuje plot twist. Na drodze pojawia się przemiły pan z GOPR-u z plecakiem większym od niego, prowadzący na wędrówkę kolonijną grupę. A my dowiadujemy się, że jesteśmy w połowie drogi, ale nie do jeziorka, tylko do sąsiedniej miejscowości.
Mając do wyboru albo wrócić się jeszcze przez godzinę prawie tą samą drogą albo iść trzy i w końcu dotrzeć na parking, jednak zawróciliśmy ;) Niezupełnie wraca się tak samo - w pewnym momencie odbija się w lewo (?), chyba w lewo, i ma się przed sobą jeszcze kilkadziesiąt minut wędrówki.
A po drodze - na przykład Starosta ze Starościną ;)
Taki tam widoczek, ale widzicie tą skałę naprzeciwko? No centralnie :D
Jak każdy szanujący się rezerwat i ten ma swoje suweniry, nie wiem tylko skąd ten Indian i jaki to niby szczep zamieszkuje te czeskie pagórki
A to już takie chatki po drodze


Po drodze zajrzeliśmy też do miasteczka...(Hronov, zdaje się?)

A na koniec...moje ukochane czeskie znaki drogowe. 
Pozor! Moonwalk!
Czeskie samochody nie wpadają w poślizg. One od razu wylatują poza orbitę :D


piątek, 21 września 2012

Kurorty cz.II czyli najszybszy sequel świata

Nigdy ze mnie nie będzie dobrego blogera.
Tempo w jakim dodaję posty jest iście olimpijskie, nic więc dziwnego że nikomu nie chce się czekać na kontynuację tematów porzuconych miesiąc czy dwa temu dalej. A tak naprawdę to całe te "wakacje" 2011 które z powodów kampanijno-wrześniowych (i uwierzcie, nie było to spowodowane moją niechęcią do nauki w czerwcu, lenistwem, słomianym zapałem, złą wolą czy pragnieniem skomplikowania sobie życia jeszcze bardziej) zaczęły się dla mnie przedwczoraj po czternastej, były istnym rollercoasterem. Bywało pięknie, bywało paskudnie, a zmiany potrafiły następować w ciągu kilku minut.
Od czasu mojej wizyty w miejscu, które dziś pokazuję na zdjęciach minęły dwa miesiące, a tak naprawdę to wciąż wisi nade mną jeszcze Toruń z ubiegłego roku (!) który tak bardzo mi się podobał i którego nie wypada tu pominąć.
Jedźmy zatem do Polanicy, która okazała się być absolutnym numerem jeden spośród trzech odwiedzonych przez nas uzdrowisk.

Tak naprawdę to nie wiem gdzie jest Centrum, ale podejrzewam że cała okolica deptaku wzdłuż rzeki, a szczególnie to skrzyżowanie przy wejściu do parku zdrojowego to coś w tym rodzaju. Całość jest zadbana, sklepów, restauracji i kramów oczywiście na pęczki, ale narzekać nie będę bo nabyłam nawet okulary przeciwsłoneczne. Za 15 zł. Całkiem ładne mają za to zabudowania
A pojazdy to w ogóle
Całe miasteczko jest, mam wrażenie, zbudowane jakby piętrowo. Każda uliczka, położona prostopadle do poprzedniej, znajduje się jakimś cudem wyżej od poprzedzającej. Ale efekt tworzy to całkiem przyjemny.
Mają też własną tęczę, i to nielichą
Zaobserwowałam taką tendencję, że najładniejsze budynki w tych okolicach to banki. Mniemam, że mają zachęcać do częstych wizyt
Pijalnia z zewnątrz
...i wewnątrz
Park jest ogromny i zrezygnowaliśmy z obejrzenia znaczącej części, ale miejsca które zobaczyłam były, jak na park zdrojowy, spektakularne. Świetną mają tą fontannę z wielką granitową kulą - oczywiście zakładając, że jesteście w stanie oderwać się od niej zanim zapadnie zmrok.
(ogólnie to to zdjęcie się fatalnie przewraca)
Najsmaczniejsza woda!

sobota, 25 sierpnia 2012

Kurortów okolice, cz. I

Trza to rozbić na dwa posty. Tyle zdjęć.
Moje nieprzyzwyczajone do długiego hasania po górach łydki stanowczo odmówiły drugiego dnia współpracy. Wyjścia nie było - albo zostajemy w pokoju, albo jedziemy powoooli i spokojnie na tour po okolicy. Jeśli dodam, że nie należymy do osób które wolą rozrywki, nazwijmy je, pokojowe, wiadomo chyba gdzie się wybraliśmy.
Pierwszym celem miały być Duszniki, gdzie o godzinie dziesiątej rano niewiele jest, jak się okazuje, do roboty. Tak czy inaczej chcieliśmy zajrzeć do Muzeum Papiernictwa, a że podwoje otwierają tam nawet o dziewiątej, od tego punktu zaczęliśmy zwiedzanie.
Polecam jednak zwiedzanie z przewodnikiem. Idąc samemu można się (chyba) trochę rozczarować. Eksponatów nie jest jakoś zastraszająco wiele, niektóre za to wartościowe. Ciekawą propozycją są warsztaty czerpania papieru, na które nawet się załapałam (hmm, chociaż w sumie przyjemność ta kosztowała złotych jedenaście ;) i nagle poczułam się taaak staro, kiedy pozostałymi uczestnikami byli ośmioletni chłopiec i rezolutna czterolatka...Ale, tak czy inaczej, dostałam trzy własnoręcznie uczerpane arkusze, więc pamiątka jakaś jest. ;)
Muzeum mieści się w drewnianym młynie papierniczym z 1605(!) roku. Z zewnątrz wygląda to właśnie tak:
Warto dodać, że trzy lata temu muzeum - a zwłaszcza piwnica, gdzie znadują się maszyny - zostało zniszczone przez powódź. Uprzątnięcie szkód zajęło dwa lata...
Schodki mają fantastyczne.
Nie mam na temat muzeum jakiejś jednoznacznej opinii. Nie porwało mnie, za to wiem, że dzieciom na pewno przypadłyby do gustu warsztaty czerpania papieru (tyle bezkarnego ciapania w wodzie!). Duszniki same w sobie uplasowały się na końcu naszego subiektywnego Top3 okolicznych miejscowości uzdrowiskowych. Zaparkowaliśmy na parkingu, gdzie miły pan zainkasował od nas sześć złotych i zapewnił, że do parku to już rzut beretem! Szkoda, że nie dodał że mokrym i musi to być rzut na miarę olimpijskiego złota...Sam park, skoro już do niego dotarliśmy, ma kilka miłych dla oka atrakcji - w stylu wystrzyżony z żywopłotu napis ;) Oprócz tego ze dwie fontanny, które czasy świetności mają dawno za sobą, kilka źródeł wód cudownych, wiele kuracjuszek w bikini polegujących na ławkach i całkiem ładną Pijalnię. A to rzut na, jak mi się wydawało, centrum parku i zakładów przyrodoleczniczych.
Mają też jedną, całkiem ładną fontannę - tu oczywista odbywają się spektakle z cyklu gier światła i dźwięku. A. Można pod nią zrobić nawet i pięćdziesiąt zdjęć, i tak zawsze komuś będzie albo z czubka głowy radośnie tryskała woda albo będzie znajdował się pod ochronnym parasolem kropel.
Duszniki opuściliśmy posiliwszy się potężną dawką cukru i ziarna kakaowego w postaci Magnum i ruszyliśmy w stronę Wambierzyc. Łatwo stwierdzić, co tu liczy się najbardziej - Bazylika Mniejsza. Reszta miasta...
Bazylika za to powala na kolana. Jest po prostu monumentalna. 
Teraz mogę dodać, że w ramach pokuty chyba, wydrapałam się na tych moich zakwaszonych łydkach po schodach na samą górę. A stamtąd ujrzałam naprzeciwko piękne schody prowadzące GDZIEŚ. W tym momencie stwierdziłam, że łydki wcale nie bolą mnie tak bardzo.
Niestety, jak pięknie Bazylika wygląda z zewnątrz, tak środek pozostawia wiele do życzenia. Piękna jest oczywiście część z Matką Rodzin, reszta albo się właśnie remontuje albo czeka na remont. Dobijający jest dla mnie widok wyskrobanych w tynku paluchami albo kluczami napisów w stylu TU BYŁEM. Albo NIUNIA 2009 :* Zastanawiam się, czy ktoś kto robi coś takiego ma deficyty w korze mózgowej czy po prostu taki tupet. 
Można też trafić na zakątki całkiem ładne...
Na wzgórzu które widać ze schodów Bazyliki znajduje się czternaście bram ze stacjami Drogi Krzyżowej. Dostanie się na sam szczyt wymaga pokonania liczby schodów liczonej, jak mniemam, w okolicach kilku setek. Po zejściu ze schodów w prawo, na bok dojść można do mniejszych, zaniedbanych stacji.
Rzut oka na Bazylikę z przeciwległego wzgórza
Wambierzyce są ciekawym miasteczkiem, przystosowanym raczej dla pielgrzymów - choć nawet nie mam pojęcia czy jest tam jakieś miejsce w którym można się posilić...Ogólnie życie toczy się tam, poza Bazyliką, swoim rytmem. My na przykład trafiliśmy na dostawę węgla.
...i na pranie, rajdowanie i w tle - dalej węgla wrzucanie
Brama wjazdowa - tu od strony miasteczka
Sklep sklepem, ale budynek to niczego sobie.
I obiekt handlowy przy Bazylice


wtorek, 21 sierpnia 2012

(O)Błędne Skały.

Naturalnie odwiedzenie Kudowy wiąże się bezpośrednio z objazdową wycieczką po wszystkich dostępnych w okolicy pagórkach wznoszących się ponad poziom morza na choćby więcej niż 500m. Plan na cały tydzień mieliśmy w ogóle dość napięty i zaplanowany w szczegółach do dopracowania w zależności od pogody...która akurat rozpieszczała nas każdego dnia przez cały tydzień. Pierwszego dnia wyruszyliśmy na Szczeliniec i zobaczyć Błędne Skały, chyba najpopularniejszą destynację wypoczywających w tych rejonach.
Najpierw trzeba się tam jednak dostać. Jeśli nie poruszacie się własnym bolidem, dwa razy w ciągu dnia (bodajże o 8 i 10) odjeżdża z Kudowy autobus i podwozi turystów na parking pod rezerwatem. Całkiem wygodnie :-) Samochodem - dojedziecie tzw. Drogą Stu Zakrętów. Moim zdaniem ktoś nie doliczył ładnych kilkunastu do tej setki, ale droga całkiem malowniczo wiedzie przez lasy ;)
Rzut oka na panoramę. Tam wysoko po prawej zmierzamy, to ostatni taras widokowy na trasie. Przed wejściem na trasę można wyposażyć się w rasowe atrybuty turysty. Znaczy się ciupażka, maskotki, bandana, góralsko chusta i pajda swojskiego chleba ze smalcem do łapy. Na kramach można tam nabyć dosłownie wszystko, a jakby komuś mało było atrakcji Matki Natury to może pohasać nawet z dinozaurami w jakimś małym DinoLandzie czy innym parku atrakcji. P.S Kijki do Nordic Walking nie są najlepszym pomysłem, serio. Potem można komuś tymi kijami oczy wydziabać, jak się będziecie przeciskać przez różne szczeliny. 
Wejście na Szczeliniec dzieli się na dwa etapy, gdzie przystankiem pośrodku jest Schronisko i dalsza część trasy jest płatna. Ogólnie wejście jest dość przyjazne dla turystów, sporo schodów (kolejnego dnia polecam wstawać ostrożnie, bo ja chcąc zerwać się jak rącza gazela poczułam tylko jak ból łydek ścina mnie z nóg) ale nachylenie jest względnie łagodne i idzie się raczej dość przyjemnie. Do tego przystanku pośrodku to można spokojnie sobie dojść podziwiając po drodze las ;)
Turystyczne panoramki forever
Zasiliwszy się czekoladą, waflami ryżowymi, kawą, herbatą, kakao, herbatką w prądem, czymkolwiek tam macie, można wyruszać dalej. Jak wspomniałam, za Schroniskiem znajduje się płatna część trasy, ale kokosy to to nie są - 6 zł za bilet normalny, 3 za ulgowy. Swoją drogą, noście legitymacje, bo ja wyglądam na wczesne gimnazjum a bez legitymacji nie chcieli mi sprzedać ulgowego.
Tutaj są te wszystkie skalne formacje tak ładnie przedstawiane na pocztówkach :-) Małpoludy, żółwie, kwoki...robienie zdjęć jednak nie odzwierciedla ich widoku na żywo, zresztą tam dopiero można się przekonać jakie figle płata człowiekowi mózg dopisując do przypadkowo wyrzeźbionych w skale linii konkretne kształty. To widok z tarasu widokowego przy skale zwanej Fotelem Liczyrzepy zresztą ;)
Mrrr ]:->
Małpolud zarośnięty
Piekiełko w całej jego okazałości...
Chwała, że dobrzy ludzie podpierają :D
Na widok TAKIEJ powierzchni lasu mnie zatkało. Stałam tam ładnych kilka minut kontemplując ten widok. Coś niesamowitego.
Rezerwat Błędne Skały znajduje się kilka kilometrów przed Szczelińcem. Są dwie opcje dotarcia do niego - zostawiamy samochód na dole i idziemy na górę na piechotę, co zajmuje nam trochę czasu. Można też wjechać samochodem na górny parking przy samym wejściu do rezerwatu. Ze względu na szerokość drogi ruch odbywa się wahadłowo - o każdej pełnej godzinie rozpoczyna się wjazd, a pół godziny przed pełną godziną zjazd. Parking jest płatny, bodajże 10zł od samochodu osobowego.
Błędne Skały zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie niż Szczeliniec - no i ile tam zabawy z tym przeciskaniem się przez różne zakamarki z tymi wszystkimi bambetlami ;) 
Oczywiście jak Błędne Skały, to od razu Grzyby Skalne, no jakże!
W Błędnych Skałach więcej jest ciasnych, klaustrofobicznych momentami przejść. Ale wrażenia ciekawsze ;)

Z plecaczkami bywa kiepsko
Przechodzi się tu i pomiędzy skałami i pod nimi...jest pięknie. I promienie słońca przebijające się przez szczeliny między skałami, odbijające się w wodzie...
To mi przypominało akuratnie książki poukładane na regale ;)

Sądząc po wyślizganiu tych głazów, turyści chętnie na nich polegują ;) Można i tak. Naturalnie można tu kupić na straganie mydło i powidło, magnesy, kartki, biżuterię i lemurowe maskotki..
Wraca się wzdłuż czeskiej granicy, tuż za granicą lasu (i przepaścią) rozpościerają się pięknie widoczki na Czeskie już wsie rozsiane w dolinach. Ten odcinek drogi jest chyba najbardziej męczący, zwłaszcza jak ktoś ma tendencje do potykania się nawet na prostej drodze. Trzeba być w stanie ciągłego skupienia i być gotowym do ratowania się z ewentualnych poślizgnięć/omsknięć itd.

Podsumowując - z tych dwóch tras to zdecydowanie Błędne Skały. Szczeliniec ponadto jest szlakiem piekielnie obleganym, wszędzie są tłumy ludzi, ludzie idą przed Tobą, za Tobą, nawet gdy przystajesz żeby przepuścić kilka osób i zrobić zdjęcie to w pewnym momencie chowasz aparat i włączasz się w turystyczny nurt by pójść dalej, bo czekanie nie ma najmniejszego sensu. Bywają miejsca że jak człowiek przystanie żeby zawiązać sznurowadło to blokuje ruch i robi się za nim kolejka jak za komuny, a uwierzcie, są ludzie którzy nawet na wakacjach zaraz psykają z niezadowoleniem, bo przecież tak im się spieszy!! Nie będę też ukrywać, że Błędne Skały robią większe wrażenie, przynajmniej na takim niewytrawnym turyście jak ja ;) 
Polecam i jedne i drugie - choćby dla samego przejścia i porównania. 

A na deser...patologiczny przypadek głupoty, czyli skąd się biorą upadli turyści.