Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybrzeże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybrzeże. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 stycznia 2012

Subiektywnie alternatywny przewodnik po najlepszym hostelu w Gdańsku.

Jeśli szukacie hostelu położonego w baardzo bliskim otoczeniu Gdańskiej starówki, zależy Wam na przyjaznej (nieco krejzi) atmosferze, macie ochotę spędzić noc w wyjątkowo kreatywnie urządzonym pokoju...Hostele Happy Seven w Gdańsku czekają na Was ;-)
Już z zewnątrz hostel robi przyjazne wrażenie - na parterze znajduje się Degustatornia, a bocznymi drzwiami wchodzi się do właściwego hostelu. Naciskasz przycisk, a potem - dokładnie obejrzany przez oko kamery Wielkiego Brata ;-) jesteś wpuszczany do środka. I wchodząc po schodach natykamy się na pierwszy, genialny zresztą, wynalazek. W Polsce jak się idziemy gościć, to mamy tradycję zaprzeczania z grzeczności. "Ależ nie zdejmuj butów!" "No co Ty!" "No pewnie że nie, nie żartuj!" "Eee tam, zdejmę.." W hostelu nas po prostu o to grzecznie proszą ;-)
Nie wiem czy to kwestia tego, że wszyscy śmigają po hostelu boso, czy ogólnie przyjaznej atmosfery, ale jak człowiek tak sobie biega w skarpetkach, to się od razu czuje bardziej jak w domu. I jeszcze jedna zaleta - nie ma zgrzytającego piachu! Wieelki plus :-) Buty zostawia się na półpiętrze po wejściu...
Common Room tętni życiem od siódmej rano :D Śniadanie jest wliczone w cenę noclegu i dostaje się w tejże cenie do wypęku chleba, masła, sera żółtego, szynki, serków topionych i dżemów. Pierwszą kwestią, o której poinformował nas jeden z Panów prowadzących hostel to właśnie fakt, że śniadanko jest dostępne i zacz co, to trzeba się najeść :-) Do dyspozycji gości jest także toster, czajnik elektryczny, nieskończona kolekcja kubków, kuchenka mikrofalowa i dwupalnikowa płyta. W niewielkiej lodówce są dobra zakupione przez gości - każde opatrzone naklejką z datą zakupu. Na wyposażeniu są talerze, garnki, patelnie...więc jeśli macie rano ochotę na poimprezową jajecznicę to nic nie stoi na przeszkodzie ;-) Produkty do szatańskiej kawy też są w pogotowiu. W samym Common Roomie można skorzystać z Internetu lub wyłożyć się na duuużych i bardzo wygodnych kanapach. 
Stanowiska Internetowe i produkty śniadaniowe - pod spodem moja walizka, jak ktoś widział jejmość spowitą w czarny płaszcz ciągnącą za sobą różową walizkę w Hibiskusy podczas Blog Forum Gdańsk to byłam to właśnie JA ;-)
Książki na wymianę...od kryminałów po romanse i poradniki ;)
Mama nocowała w pokoju Sportowym ;-) Bo ciekawą rzeczą w Happy Seven jest to, że każdy pokój jest urządzony tematycznie. Kilka z nich zwiedziłam dzięki uprzejmości jednego z Panów :-) do kilku pojedynczych nie udało mi się zajrzeć, bo były zajęte. Sport jest akurat pokojem trzyosobowym, z dużym łóżkiem i jednym pojedynczym. I z odjazdową dekoracją! (pościel nietematyczna została akurat wzięta z innego pokoju) Pokoje są duże, przestronne, z fajnym widokiem :)


Zajrzałam jeszcze do wieloosobowego pokoju z wystrojem podróżniczym - odjazd ;)
Dodatkowe pięć gwiazdek dla hostelu za czystość w łazienkach. Naprawdę, byłabym skłonna stwierdzić że czasem w hotelach można się natknąć na gorsze warunki. 
Happy Seven Hostel

ul. Grodzka 16

80-841 Gdańsk

czwartek, 27 października 2011

Gdańsk poza Blogowaniem. Turystyczny kicz.

W Gdańsku byłam po raz drugi w życiu. Właściwie to w poprzednich postach jeszcze niezupełnie wróciłam z Wybrzeża z okresu wakacji, a już udało mi się tam wybrać po raz kolejny :P Ale ten fakt pominąć można milczeniem. Lub nadal czekać na tak zwany ciąg dalszy. Który nastąpi, na pewno, ale gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości.
W każdym bądź razie, w sierpniu zwiedzając Trójmiasto w sumie zatrzymaliśmy się na dłużej tylko w Sopocie, a poza tym zwiedzaliśmy Półwysep Helski. Gdańsk zatem zrekompensowałam sobie w październiku. A październik zrekompensował mi kilka deszczowych poranków świetną pogodą w ten weekend. Nie było może najcieplej, to fakt, ale pogoda jak na turystyczne wycieczki wymarzona.
Jak wspomniałam, w Gdańsku byłam po raz drugi. Raz pierwszy miał miejsce jakieś dziesięć (?) lat temu, siąpiło, było buro, a z bramy prowadzącej na główną turystyczną arterię uderzał intensywny zapach(to złe słowo) uryny. I tak naprawdę, szczerze znielubiłam to miasto, bo przez jakąś-tam wycieczkę straciłam cały dzień na plaży. Mentalność i logika ośmiolatki, proszę wziąć na to poprawkę ;-)
Podróż do Gdańska była na pewno bardziej komfortowa niż Z, o ile oczywiście można mówić o jakimś komforcie w przypadku 9 godzinnej jazdy autobusem. Nie ma co jednak narzekać, zawsze mogłam pojechać PKP i nie dojechać wcale. A skoro już dojechałam, to zainstalowałam się z Mamą w hostelu (o którym słowo następnym razem) i po wypiciu herbaty ruszyłyśmy na miasto.
Kiczus vulgaris, czyli standardowy rzucik rzeczno-portowy na Gdańsk. Bardziej turystycznie się nie dało ;)
Kiczus vulgaris vol.2, czyli Żuraw w natarciu:
I kicz po raz trzeci i ostatni, rzut na część Gdańskiej starówki z drugiej strony: 
Do tego budynku natomiast zapałałam od razu wielką miłością, z bliżej nieokreślonych mi przyczyn. Kontemplowałam w każdym bądź razie jego urodę kilka(naście) razy przy każdym przechodzeniu obok niego. Historia z Sopockim Sheratonem się nie powtórzyła, zdjęcie uważam jest całkiem ok :D
A to knajpa, w której pani Gessler robiła swoje rewolucje. Z zewnątrz niewiele wskazywało na to, aby cokolwiek mogło w środku zachwycić. A z wrodzonej fobii do ryb z całą pewnością ich oferta nie zachęciłaby mnie do wejścia.
Szczęśliwi, którzy idą do pracy...
Nie będę was męczyć grą w "znajdź brakujący element" - brakuje Neptuna, chociaż dla mojej Mamy na przykład różnica ta nie jest znacząca. Odnosi się to do pierwszej wizyty, kiedy to niemal przebiegła całą ulicę i dopiero na końcu spytała "Gdzież ten Neptun?!". Wówczas Neptun był, wrażenia natomiast nie.
Szału nie było.
Niektóre uliczki były po prostu genialne. Klimatyczne, ze wspaniałą i zadbaną architekturą. Mało żuli, względnie czysto. Tylko, ha - spróbujcie o szóstej trzydzieści spytać kogoś przy Dworcu Głównym gdzie jest dom handlowy Madison. Marne szanse na uzyskanie odpowiedzi z sensem, jeden z panów obruszył się wręcz twierdząc że "nie mogę paniom TERAZ odpowiedzieć na to pytanie!"
Pan rybak. ^^
Klimat był. Krzywopatrzący pan też, nie pomógł nawet urok osobisty...
Obcojęzyczna księgarnia broniła się jak dla mnie samym wyglądem. Prawie jak wycięta z brytyjskiego miasteczka makieta ;)
Widok z okna w hostelu...
Przechodząc za pierwszym razem stwierdziłyśmy, że to na pewno jakiś klasztor. Zakon. Albo cokolwiek związanego z religią.
Otóż nie, jak wszystko w XXI wieku i dobie powszechnego zachwytu komercją, to dom handlowy.
Ze Stocznią to w ogóle jest ciekawy motyw, bo samo miejsce wraz z jego niezwykłą historią jest dla mnie niezwykle interesujące i przyciąga mnie od kilku dobrych lat, kiedy zainteresowałam się tym tematem bliżej. Nie miałam okazji podziwiać Stoczni z bliska, a mam jeszcze takie dość nietypowe zainteresowania jak m.in opuszczone budynki (przy czym polecam stronę Motts'a, który jest absolutnym geniuszem fotografii tego typu). W sklepie z suwenirami spytałyśmy pana obsługanta czy ten autobus to może jeździ w niedzielę. A pan, nie chcąc natrętnie poprzestać na udzieleniu nam zupełnie wystarczającej odpowiedzi że NIE, próbował za wszelką cenę namówić nas na ściągnięcie jego kolegi przewodnika. Nawet stopniowe oddalanie się z miejsca dyskusji nie pomogło i byłyśmy zmuszone stanowczo, acz nadal uprzejmie odmówić. Może kiedyś się uda, a liczę na to bardzo. W związku z powyższym to w sumie jedyne (i dość kiepskie) zdjęcie które mam związane ze Stocznią:
Bar Mleczny, odniosłam wrażenie że w Gdańsku to wprost wszechznany i wszechrozpoznawalny :D Nie dziwię się, bo przy cenach potraw faktycznie stanowią atrakcyjną alternatywę dla drogich restauracji, co dla turystów często bywa atutem :D A wystrój - total retro i pachnie czarem PRLu. Brak tylko przyśrubowanych talerzy, mniemam że z powodów czysto sanepidowskich.
Wroom! Po sierpniowym zlocie mam jakąś sympatię do spotykanych Wynalazków Techniki ;)
A ten wynalazek to już zupełnie inna historia i w dodatku z moich rodzinnych terenów ;-) Nadmienię tylko że aby go pokazać rano Mamie prowadziłam ją niemal truchtem pod hotel, bo a nuż odjedzie...:D



poniedziałek, 26 września 2011

Hel(l).

Półwysep Helski to kolejne miejsce, które postanowiliśmy odwiedzić. Tym razem wybraliśmy się samochodem, co było niezłym posunięciem, bo z racji na mnogość parkingów nie było kłopotów z parkowaniem, a jednym z łatwiej dostępnych połączeń komunikacyjnych prowadzących na Hel jest tramwaj wodny. A ja do wszelkiego rodzaju atrakcji akwafluwialnych i pojazdów rzecznych nie mam zaufania.
Nie jechaliśmy z konkretnym planem - jak zawsze podczas tych wakacji. Jedynym żelaznym punktem miało być fokarium i fortyfikacje, a reszta wyszła kompletnie przez przypadek. Spacer regularnie zakłócały nam syreny i strzały, co było preludium do inscenizacji D-Day. Mówili o tym potem nawet w Co za Tydzień :D
Jazda po półwyspie za GPS-em wygląda dość zabawnie, bo droga stanowi w nawigacji całą szerokość cypla i...jesteśmy otoczeni ;)
Hellski falochron
I port.
Były też przyjaciółki meduzy. GIGANTYCZNE. Tych meduz była cała masa w miejscu, gdzie mieszkaliśmy - przy brzegu naturalnie znajdowały się te martwe. Idąc raz na spacer wzdłuż plaży byłam świadkiem wielu makabrycznych zabaw dzieci z udziałem meduz właśnie, kiedy to dziabały je patykami lub szturchały palcem, w nadziei że się poruszą :D
Trudno być na Helu i nie trafić do fokarium, bo szwendając się w KAŻDYM kierunku i tak się do niego trafi. Za wejście płaci się symboliczne 2zł a możliwość pooglądania zwierza z bliska jednak daje radość ;) Jeśli mogę coś doradzić, to warto jest się udać już ok. pół godziny, 20 minut wcześniej. Można wtedy zająć dość dobre miejsca, w pierwszym rzędzie przy barierkach skąd jest najlepszy widok.  Najbardziej podobało mi się, jak już ok. 20 minut przed planowaną porą karmienia ustawiały się w kolejce przy miejscu, z którego nadchodzą trenerki z pokarmem. Śmiałam się, że przypominają mi peryskopy :D
Jedna z fok była bardzo towarzyska i często podpływała do brzegu...
Po karmieniu jedna z żarłocznych fok postanowiła sprawdzić, czy coś tam czasem nie zostało...:D
I poszliśmy nakarmić siebie - do Starej Tawerny Helskiej. Najmocniejszym punktem zdecydowanie był wystrój...
 Minęliśmy parę razy śliczną kamieniczkę...
 Potem ruszyliśmy pod latarnię morską, ale powstrzymaliśmy się od wejścia - ja w sumie nawet bym nie pogardziła, ale kolejka była straszna, ból pleców mojej Mamy - nie mniejszy...
I finalnie dotarliśmy na D-Day. Widowisko było zorganizowane z niesamowitym rozmachem, do tego jeszcze niezwykła dbałość o detale...coś wspaniałego. Dobrze było zobaczyć to z bliska, gorzej - uświadomić sobie, że Ci ludzie faktycznie tam walczyli. Nierzadko nawet młodsi ode mnie. Gotowi poświęcić życie za ojczyznę... Żołnierze, na których trafiłam byli w doskonałych humorach i nawet upominali się o zapłatę w formie całusa :P
 Popis dali też pirotechnicy - wybuchy i wystrzały były niezwykle realistyczne.
Kiedy umarli powstali i pokłonili się, również i my oceniliśmy straty - mech we włosach, pył w oczach, niezliczone dm3 dymu w płucach...I piękny widok za nami, na las.
Droga powrotna do naszej miejscowości wiodła m.in przez Władysławowo, w którym w sumie jako jedyny interesujący punkt uznałam "spółdzielnię", która bardzo przypominała mi rodzime GS-y A takie sklepy lubię bardzo :D
Fajnym elementem krajobrazu było też wesołe miasteczko...
A to widoczek z drogi do Pucka...farma wiatracza
Rozczarowało mnie baardzo Władysławowo - może dlatego moje odczucia są takie a nie inne, że wdrapałam się na ósme piętro budynku Urzędu Miasta by wejść na wieżę widokową, a na miejscu okazało się, że wejście dla trzech osób kosztowałoby nas 45 złotych...i jak dla mnie, to trochę za dużo sobie liczą za to, co mają faktycznie do zaoferowania. 

wtorek, 20 września 2011

Co ma wspólnego Sopot z Ałłą Pugaczową?

20 minut jazdy autobusem podmiejskim do Gdyni i jeszcze 15 Szybką Koleją Podmiejską. I jestem w Sopocie. Przez 19 lat mojego życia nie byłam na najdłuższym w Europie molo o drewnianej konstrukcji, toteż w tym roku postanowiłam to naprawić. Podsumować wyprawę mogę krótko - veni, vidi, vici, a szczegóły poniżej.
Wiele Gdyni nie widziałam - poza bliskimi okolicami Dworca i tym, co zdążyłam zobaczyć z podmiejskiego autobusu niespecjalnie przypadła mi do gustu. Może gdybym miała więcej czasu na zwiedzanie - kto wie. Trudno mi napisać, że "podobało mi się to", bo nie jest to właściwe określenie ku temu co mam zamiar napisać, ale niesamowite wrażenie robią widziane na żywo miejsca, gdzie kręcono jeden z subiektywnie lubianych przeze mnie filmów o wydarzeniach grudniowych, Czarny Czwartek. 
Wierzcie lub nie, podróż do Sopotu była moją pierwszą w życiu przejażdżką PKP, która to odbyła się w przejściu przy telepiących się drzwiach, i naturalnie na stojąco. No nie narzekam, w drodze powrotnej nawet zasiadłam na tej luksusowej kanapce ;-)
Zwiedzanie Sopotu rozpoczęliśmy od (wstyd!) centrum handlowego, gdzie wciąż trwała wyprzedaż w Reserved i Big Starze, i gdzie też nie omieszkałam zaopatrzyć się w COŚ nowego. Potem stwierdziliśmy, że jak do tej pory to nie zobaczyliśmy jeszcze niczego na mieście i ruszyliśmy w tango...
Była budka z goframi i lodami, która wyglądała jak bajkowa chatka ;)
...i Multikino w najfajniejszym budynku jaki widziałam do tej pory:
Wybraliśmy się też na taras widokowy, skąd rozciągał się całkiem przyjemny widok. Budynek z którego widać tą panoramkę kojarzy pewnie każdy, kto był choć raz w Sopocie, taki ze szklaną windą, która ma wyjątkowe tendencje do psucia się. Na przykład wtedy, gdy znajdowaliśmy się na górze i zostaliśmy zmuszeni do powrotu roboczą klatką schodową :P W sumie i tak była to lepsza opcja od utknięcia w tej szklanej windzie w połowie drogi. 

Molo jakie jest każdy widzi, natomiast odpowiadając na pytanie: Co mają wspólnego Sopot z Ałłą Pugaczową rzekłabym, że fryzjera, bo po zejściu z mola miałam identyczną fryzurę. Wiało jak cholera, mówiąc oględnie, ale widoczki całkiem sympatyczne. Ludzi sporo, więc jeśli ktoś liczy że uda mu się zrobić fajną fotkę nie mając w tle trzech mistrzów drugiego planu i w tym celu wybiera się do Sopotu, może spokojnie wybrać inne miejsce na swoją sesyjkę.
Było dwóch grających panów, z czego jeden ponoć od czterech lat kuruje się na molo na boreliozę. Uparcie twierdzi, że przeszkadza mu ona w grze na akordeonie.
Rerjsy po Zatce i inne chochliki:
Swój zachwyt nad budynkiem Sheratonu wyrażałam chyba miliard razy, co jak widać, przełożyło się na kompletnie nieumiejętnie wykonane tegoż kompleksu zdjęcie:
Handel oczywiście kwitnie wszędzie dookoła molo, do dostania jest dosłownie wszystko - od biżuterii z bursztynem w każdej możliwej wersji, poprzez pistolety na wodę, ręczniki z wizerunkiem skąpo odzianych niewiast rozpostartych na czerwonych kabrioletach, plakaty, a nawet żelki Haribo:
i dużo innych słodkości na uroczym wózku ;)
Wlazłam też pod molo, żeby sprawdzić jak kręcili "Tylko mnie kochaj". Nie polecam, strasznie sypią z góry piach na głowę.
Biegnąc na przystanek autobusowy w Gdyni spotkałam pięęękny samochód!
a to już efekt tego, co się dzieje gdy człowiek czeka 25 minut na autobus...